Polskie dziecko trafi do Niemiec

Polskie dziecko trafi do Niemiec

Urszula Abramczyk i jej dwuletni syn Viktor mają tylko polskie obywatelstwo. Mimo tego Sąd Rejonowy w Raciborzu nakazał wydać dziecko do Niemiec. Dlaczego? Bo tak życzy sobie ojciec Viktora - Szwed mieszkający na stałe w Monachium. Pani Urszula jest zrozpaczona. Twierdzi, że na pomoc w Polsce nie może liczyć.

- Sąd stwierdził, że dobro dziecka nie zostanie naruszone, kiedy powróci do ojca - informuje Jacek Wieczorek z Sądu Okręgowego w Gliwicach.

- Nie wyobrażam sobie tego. Nawet nie chcę o tym myśleć i to wszystko w imię dobra dziecka, super przykrywka - mówi Urszula Abramczyk, matka Viktora.

Zrozpaczona kobieta zaczęła szukać pomocy. Okazało się, że polski obywatel w swojej ojczyźnie nie może liczyć na żadną pomoc.

- Jeżeli matka zdecydowała się żyć w innym kraju z cudzoziemcem, pewne konsekwencje musi ponieść - twierdzi Agata Jasztal z Biura Rzecznika Praw Dziecka.

- Wobec Konwencji Haskiej nie ma dyskusji - dodaje Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

Cała historia zaczęła się w 2002 roku. Urszula Abramczyk przebywała wtedy u swojej siostry w Monachium. Tam poznała Roberta O. W 2006 roku urodził się ich syn Viktor.

Między panią Urszula i jej mężem coraz częściej dochodziło do nieporozumień. W końcu Robert O. wyprowadził się ze wspólnego mieszkania. Kilka miesięcy później okazało się, że mężczyzna zamieszkał z nową partnerką.

- Ja nie miałam ani mieszkania, ani pracy, ani możliwości podjęcia pracy. Stwierdziłam, że najlepiej będzie wrócić do Polski. Dostałam od Roberta nie tylko zgodę, ale i błogosławieństwo, bo Robert uważał, że jak wrócę do Polski, to nie będzie musiał na mnie płacić - mówi Urszula Abramczyk.

Kłopoty zaczęły się na początku tego roku. Okazało się, że mąż pani Urszuli złożył w niemieckim sądzie wniosek o pozbawienie jej praw rodzicielskich. Dlaczego?

- Powiedział, że mieszkamy w rozpadającej się ruderze, nie mamy ciepłej wody i ogrzewania. Dochodziło do takich absurdów, że musiałam robić zdjęcia domu, chodzić do wodociągów po zaświadczenia, że mamy zdatną do picia wodę - opowiada Urszula Abramczyk.

W marcu okazało się, że Robert O. zgłosił w Sądzie Rejonowym w Raciborzu porwanie Viktora. Zażądał wydania dziecka do Niemiec na podstawie Konwencji Haskiej.

- Unia Europejska, strefa Schengen, otwarte granice, wolność przesiedlania się, to wszystko się nie liczy, bo jest jakiś artykuł 12. Konwencji Haskiej i cała reszta nie liczy się w Polsce - rozpacza Urszula Abramczyk.

22 sierpnia Sąd Rejonowy w Raciborzu wydał decyzję - dwuletni Viktor ma wrócić do Niemiec. Sąd nie wziął pod uwagę opinii Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego, o którą zresztą sam się zwrócił.

Oto fragment opinii Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego:

"Niewątpliwie powrót dziecka do Niemiec i umieszczenie go w innym środowisku wychowawczym bez udziału matki byłoby dla niego silnie traumatyzującym przeżyciem, co mogłoby odbić się negatywnie na jego dalszym rozwoju psycho-emocjonalnym".

- Sąd zdecydował, że dziecko ma powrócić do swojego ośrodka życiowego, a kwestię władzy rodzicielskiej ma rozstrzygnąć sąd niemiecki - informuje Jacek Wieczorek z Sądu Okręgowego w Gliwicach.

Skontaktowaliśmy się z mężem pani Urszuli. Chcieliśmy się dowiedzieć, co sądzi o całej sprawie.

- Ona twierdzi, że ja wyraziłem zgodę na to porwanie, ale to nieprawda. Ona miała wrócić w styczniu, a tego nie zrobiła. Ja teraz czekam, aż polskie władze odeślą mojego syna z powrotem do Niemiec - mówi Robert O., ojciec Viktora.

- Rodzic nie przyjeżdża do dziecka, tylko od razu po dziecko. Gwarantuję, że konsekwencje tego będą bolesne i długotrwałe. Czasami pozostawiają ślady na całe życie, chociaż dziecko jest bardzo małe - mówi Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

Pani Urszula nie poddaje się. Złożyła apelację od decyzji sądu. Jeżeli i tym razem przegra, dwuletni Viktor będzie musiał wrócić do Niemiec. *

* skrót materiału

Reporter: Paulina Bąk pbak@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)