Pobita w Anglii tonie w długach przez „pomoc” adwokata z Polski

Polka ciężko pobita w Anglii twierdzi, że oszukał ją pochodzący z Polski brytyjski adwokat, który miał jej pomóc w uzyskaniu odszkodowania. Mężczyzna pośredniczył jedynie w kontaktach Romy Szczuki z londyńską kancelarią, która prowadziła sprawę. Choć zapewniał, że jego pomoc będzie darmowa, to - jak twierdzi pani Roma - podsunął jej do podpisania umowę na świadczone usługi. Kobieta ma dziś do zapłaty ponad 300 tys. zł.

Pani Roma ma 37 lat. Trzynaście lat temu wyjechała do Anglii. Pracowała w restauracji i wiodła szczęśliwe życie. Aż do pewnego sierpniowego wieczoru, kiedy została brutalnie pobita w miejskim autobusie.
- Zapytałam kierowcę autobusu o drogę. Wówczas przyśpieszył, zawiózł mnie do zajezdni i zaczął wykrzykiwać: pieprzeni obcokrajowcy. Ocknęłam się w kałuży krwi. Nie wiedziałam, co się dzieje, myślałam, że straciłam oko. Później policjant powiedział, że ten czarnoskóry kierowca był zdenerwowany, bo na drugi dzień wyjeżdżał na urlop, gdzieś do rodziny do Afryki – opowiada Roma Szczuka.
- Ona była dosłownie zmasakrowana. W szpitalu nie wierzyłam swoim oczom. Miała pęknięcia czaszki, oczodołów – wspomina Elżbieta Szczuka, mama pani Romy .
Po kilku miesiącach pani Roma rozpoczęła walkę o odszkodowanie od angielskiej firmy przewozowej. W 2004 roku wynajęła jedną z londyńskich kancelarii.
- Ta druga strona przyznała się do odpowiedzialności, nie było żadnych wątpliwości, że Romie odszkodowanie się należy i tak naprawdę cała praca kancelarii polegała na tym, żeby oszacować, ile Roma powinna dostać – tłumaczy przyjaciółka pobitej kobiety Aneta Litwińska.

Proces ugodowy trwał. W 2008 roku na drodze pani Romy pojawił się dodatkowo jednak jeszcze jeden prawnik - niezwiązany z kancelarią wynajętą przez kobietę. Brytyjski adwokat, ale pochodzący z Polski.
- Dostawałam na skrzynkę mailową wiadomości od niego. Okazało się, że to jest ta sama osoba, która przychodziła do szpitala i która zostawiła wówczas wizytówkę – mówi pani Roma.
Kobieta nawiązała kontakt. – Powiedział, że sprawa jest źle prowadzona, że on się orientował w swoim światku prawniczym. A poza tym on chce pomóc rodaczce, bo w Anglii oszukują Polaków – twierdzi pani Roma.

Kobieta zaufała adwokatowi, a ten porozumiał się z kancelarią prowadzącą jej sprawę. To fragment maila jaki wysłał do kancelarii.
„Moja propozycja pomocy została złożona całkowicie za darmo jako zwykła nieodpłatna przysługa. W moim mniemaniu pomoc rodakowi w zrozumieniu obcego prawa nie stanowi konfliktu zawodowego. Nie będę występował jako zawodowy prawnik, a wszelkie opinie lub porady, które wyrażę są osobiste, a nie zawodowe.”

Dodatkowy prawnik miał tłumaczyć maile od brytyjskiej prawniczki – pani Rebeki  - do pani Romy. Jak twierdzi kobieta, jego tłumaczenia nie były wierne…

- Doprowadził do tego, że cała korespondencja pomiędzy Romą a jej prawniczką przechodziła za jego pośrednictwem. Po roku się okazało, że on nie tłumaczył tych maili, tylko je po prostu fałszował – twierdzi Aneta Litwińska, przyjaciółka pani Romy.

- Tak naprawdę 90% procent treści maila była napisana przez niego, treści korzystnej dla niego. To zaznaczone na czerwono, to jest dopisane przez niego – pokazuje naszej reporterce maile pani Roma.

Jak zaznaczał sam adwokat – pomoc miała być bezpłatna. Ale po kilku miesiącach doszło do podpisania umowy. Jak twierdzi pani Roma, prawnik wykorzystał jej bezradność w czasie jednego z ataków padaczkowych.
- Doskonale wiedział, że ona tego dnia była w bardzo ciężkim stanie, wymiotowała, miała straszne bóle głowy – mówi Aneta Litwińska.

- Pamiętam, jak przez mgłę, że to był on, pamiętam, że coś mówił. Z relacji mamy wim, że twierdził, że potrzebuje coś dla prawniczki, że ja mam mu to podpisać i on zaraz idzie. Podpisałam wówczas zlecenie zapłaty za, jak on to ustalił: trud i wysiłek – wspomina pani Roma.
Z umową adwokat poszedł do polskiego sądu. Sąd wydał wyrok. Obie instancje orzekły, że pani Roma ma zapłacić prawnikowi 153 000 zł plus odsetki. Dziś to już ponad 300 000 zł.
- Jego (dodatkowego adwokata – red.) praca została określona jako pośrednictwo, tłumaczenie, doradztwo. Główne jego zadanie to było pośrednictwo między panią a kancelarią, która ją reprezentowała  - informuje Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku
- On nie miał ode mnie żadnego pełnomocnictwa. Ja miałam swoją kancelarię, miałam prawniczkę, miałam adwokata londyńskiego – mówi Roma Szczuka.

Adwokat nie zgodził się na oficjalną wypowiedź przed kamerą. W rozmowie telefonicznej zapytaliśmy, na czym polegała jego pomoc.
- Ja nic nie udzielę, do tego pani ma trzy tysiące kart akt sądowych. Tam nie ma praktycznie jednej karty od pani Szczuki, bo ona nie miała żadnego dowodu – odpowiedział.

- Nie miał żadnych świadków, myśmy mieli świadków, a on tylko swoje maile i to maile, które jeszcze fałszował – uważa Elżbieta Szczuka, mama pani Romy.

To fragment maila z londyńskiej kancelarii do pani Romy:

„Pan L. z całą pewnością NIE występował jako Pani adwokat i przedstawiciel procesowy w sprawie pani roszczenia. NIE był w żaden sposób zaangażowany zawodowo. Z pewnością nie przygotowywał sprawy. Nie miał nic wspólnego z ugodą, którą wynegocjowała nasza kancelaria.”

Okazało się jednak, że polski sąd nie przesłuchał żadnego prawnika londyńskiej kancelarii.
- Był wniosek o przesłuchanie adwokata angielskiego, natomiast sąd oddalił go. Uznał, że nie jest to dowód konieczny – tłumaczy Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku

Pani Roma twierdzi, że uzyskane odszkodowanie wystarczyło jej na leczenie, przeloty do Anglii, życie i rehabilitację. Dziś bez grosza, pozostaje na utrzymaniu mamy i przyjaciółki Anety. Za to z ogromnym długiem wobec prawnika, który miał jej pomóc.
- Mi się wydaje, że ten pan się w końcu ocknie i pomyśli, jaki on zgotował nam los – rozpacza Elżbieta Szczuka, mama pani Romy .*

* skrót materiału

Reporter: Irmina Brachacz-Przesmycka
ibrachacz@polsat.com.pl