„Robiliśmy, co nam zlecono”. Skazani po wybuchu w Szczyrku chcą rozliczenia przełożonych
W grudniu 2019 roku w Szczyrku doszło do wybuch gazu. Zginęła ośmioosobowa rodzina. Po latach zapadły wyroki, ale skazani, pan Józef i pan Marcin, przekonują, że byli tylko wykonawcami poleceń. Robotnicy twierdzą, że nie wiedzieli, iż pod ziemią znajduje się czynny gazociąg. Wydający polecenia przewiertu nie ponieśli żadnych konsekwencji.
- Po tej tragedii myśmy poszli ludzi ratować. Do tego ognia. Ja z tym żyję. Ja to mam codziennie w głowie – opowiada pan Józef.
- Ale nie dało się nic zrobić, taki ogień był. Nieprawdopodobne to było – dodaj pan Marcin.
Obaj mężczyźni zostali skazani za doprowadzenie do tragedii.
Przyczyną wybuchu było uszkodzenie gazociągu podczas przewiertu pod drogą. Przewiert wykonywano pod kabel energetyczny do inwestycji prowadzonej przez dewelopera. Prace prowadził pan Marcin, jego pomocnikiem był pan Józef.
- Osobami odpowiedzialnymi za tę katastrofę są osoby kładące gazociąg, jak i ci, którzy przystąpili do układania kabla energetycznego – mówi Małgorzata Moś-Brachowska z Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej
- Gdyby nie doszło do wadliwego ułożenia nitki gazu, nie doszłoby do przewiercenia – twierdzi z kolei Andrzej M. Herman, pełnomocnik kierownika budowy Romana D.
ZOBACZ: Chore dzieci czekają na hospicjum. Budowę oprotestowali sąsiedzi
Gazociąg położono tam kilka tygodni wcześniej. Bez odpowiednich pozwoleń, a podczas inwestycji fałszowano dokumentację.
- Nie wiedziałem, że tam fizycznie jest gaz. Była mapka, że gaz, woda są projektowane – zaznacza pan Józef.
- Do napełnienia tej nitki gazu doszło w sposób pozaprawny. W sposób będący skandalem – dodaje Andrzej M. Herman.
Według projektu, w Szczyrku miał być wykonany nie przewiert, a wykop otwarty. Wtedy pracownicy zobaczyliby gazociąg.
- Były osoby, które wskazywały, że ten gazociąg tam jest i trzeba zachować wszelkie standardy bezpieczeństwa, mimo to żaden z nich nie podjął refleksji i te prace były kontynuowane. Osobami odpowiedzialnymi za położenie kabla energetycznego są trzy osoby: Roman D. Marcin S. i Józef D. I to oni decydowali o tym, jak te prace mają być wykonane – mówi Małgorzata Moś-Brachowska z Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej.
- Ja nie byłem osobą z dostępem do wiedzy, że tam nie wolno wiercić. Mam w ręku maila, z którego wynika, że jest zlecenie na zrobienie przewiertu, a nie wykopu otwartego. Robiliśmy, co nam zlecono – przekonuje pan Józef.
ZOBACZ: Brutalnie napadał na kobiety w Warszawie. “Łomiarz” wrócił na wolność
My dostajemy zadanie i jedziemy robić to, co umiemy. Zrobiliśmy, tak jak chciał kierownik - dodaje pan Marcin.
Pan Józef i pan Marcin tuż przed tragedią poznali rodzinę, która straciła życie w wybuchu.
- Uszkodziliśmy podczas przewiertu wodę. Przerwaliśmy prace, zostały wezwane służby, które sie zajmują tymi sprawami. W międzyczasie z operatorem zostaliśmy zaproszeni do tego budynku na kawę, jeszcze godzinę i 40 minut przed tą tragedią piliśmy w tym budynku kawę – wspomina pan Józef.
Niedawno skazano prawomocnie osoby odpowiedzialne za nielegalny gazociąg, a także kierownika prac, które doprowadziły do tragedii. Wyroki usłyszeli też pan Marcin i pan Józef.
Czyli ukarano tych, którzy byli na miejscu. Żadna odpowiedniość nie spotkała jednak osób, które wydawały im polecenia. Nie zgadza się z tym pełnomocniczka rodziny ofiar.
- Od początku towarzyszyło mi przekonanie, że pan Marcin i pan Józef działali na polecenie swoich przełożonych. A sprawiedliwość polega na tym, że skazane są wszystkie osoby faktycznie odpowiedzialne. Nabrałam przekonania, że są jeszcze inne osoby, które brały udział w procesie decyzyjnym i w mojej ocenie mogą ponosić odpowiedzialność – mówi Sylwia Myśliwska, pełnomocniczka poszkodowanych.
- Zostałem tam wysłany przez moją szefową, prezes firmy. Ona dała zlecenie, że ma być przewiert, a nie wykop otwarty. Ta osoba nadzoruje nas od samego początku. I takie osoby powinny odpowiadać w jakiś sposób. Nie tylko my – mówią panowie Józef i Marcin.
ZOBACZ: Budowali zgodnie z pozwoleniem. Teraz słyszą, że dom nie może powstać
Przełożona mężczyzn nie zdecydowała się odnieść do sprawy.
- Nieprawidłowości w działalności instytucji różnorakich nie muszą się przekładać na popełnienie przestępstwa. I tu zdaniem prokuratury się nie przekładały – informuje Małgorzata Moś-Brachowska z Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej.
- Oni faktycznie doprowadzili do tego, co sie wydarzyło, ale to nie były osoby, które wydawały polecenia. Nie decydowali o formie i tempie prac. Ograny ścigania mogły w tej sprawie zrobić więcej. I nadal mogą - podkreśla Marek Krupski, pełnomocnik pana Marcina.
- Moje klientki zwracały uwagę, że przedstawiciele dewelopera czynnie brali udział w namawianiu mieszkańców, aby wyrazili zgodę na prowadzenie prac w taki sposób - dodaje Sylwia Myśliwska, pełnomocniczka poszkodowanych.
Przedstawiciel dewelopera również nie zdecydował się skomentować wyroku.
- Moja wypowiedź będzie krótka. Nie rozmawiam z mediami.
- Ktoś podłożył minę, a myśmy ją odpalili nieświadomie. Żadnej decyzji nie podjąłem, wykonywałem tylko polecenia. Dostałem wyrok dwóch lat i kolosalne kary finasowe. Nie mam perspektyw na dalsze życie – komentuje pan Józef.
Sprawa odpowiedzialności innych osób trafiła teraz do Prokuratury Regionalnej w Katowicach.