Bez dostępu do domu! Każde przejście grozi mandatem
Państwo Kostrzewscy z Bydgoszczy przez czterdzieści lat inwestowali w dom wynajmowany od PKP. Dziś są odcięci od świata. Do własnej posesji muszą przedzierać się pieszo przez czynne tory kolejowe; karetka lub straż pożarna nie dojadą. Niedawno jedyna droga prowadząca do domu została zamknięta przez prywatnego właściciela. Dojazdu do infrastruktury nie mają też kolejarze.
Państwo Kostrzewscy mieszkają w budynku należącym do PKP. Dom położony jest między trzema liniami kolejowymi. Pociągi jeżdżą z dwóch stron budynku i na wiadukcie. Jednak to nie jest problemem dla tej rodziny - problemem jest brak dojazdu do posesji.
- Problem powstał 23 kwietnia, gdy okazało się, że nie mamy dostępu do drogi koniecznej. Ta działka była bezpańska, a byliśmy pewni, że to działka miejska, bo miasto zieleń tu składowało. Nagle pojawił się nowy właściciel, który wykupił działkę obok wraz z drogą dojazdową do nas - opowiadają Marlena i Leszek Kostrzewscy.
ZOBACZ: Płacą za mieszkania, do których nie wejdą. Dramat pogorzelców z Ząbek
Jedyna droga prowadząca do terenów kolejowych, na których stoi dom, została zagrodzona przez nowego właściciela. Okazuje się, że PKP przez lata w żaden sposób nie uregulowały dojazdu do swoich terenów.
Michał Stilger z PKP SA tłumaczy, że spółka nie mogła wcześniej wystąpić o tzw. zasiedzenie terenu, bo „problem wcześniej nie występował”. - Pojawił się przed trzema miesiącami. Podjęliśmy próbę mediacji z właścicielem terenu, ale kontakt do tej pory jest utrudniony, bo przebywa za granicą - podkreśla.
- Okazało się, że w księdze wieczystej nie jest zapisana służebność przejazdu. Tam ma powstać magazyn kontenerowy. PKP były powiadomione, ale nie zareagowali. Mogli wystąpić do urzędu, że mają drogę konieczną. Nie ma dojazdu nie tylko do nas, ale do nastawni, do urządzeń oświetleniowych, do podgrzewanych rozjazdów. Reakcji nie było żadnej - uważają państwo Kostrzewscy.
ZOBACZ: Sama z piątką dzieci. Dramatyczna walka o życie pani Iwony
Państwo Kostrzewscy nie mają żadnego dojazdu do swojego domu. Aby tam się dostać, samochód należy zostawić przy przejeździe kolejowym, a następnie przejść koło nastawni i pokonać kilka torów, po których pędzą pociągi. Pogotowie, wóz strażacki ani żaden inny pojazd nie mają szans dojechać. Leszek Kostrzewski jest po zawale. Obawia się o swoje zdrowie.
Każde przejście do domu to również ryzyko otrzymania mandatu. Patrole Straży Ochrony Kolei, policji i żandarmerii widać gołym okiem. Dyspozytor ruchu widząc nas idących w stronę posesji państwa Kostrzewskich zadzwonił na numer 112. Skończyło się na pouczeniu od policji.
- Nam kolej zrobiła jeden remont dachu, resztę robiliśmy tu z własnych pieniędzy. Dwa lata temu zmienialiśmy piec centralnego ogrzewania, który zakupiliśmy z naszych pieniędzy. Wszystkie nasze pieniądze włożyliśmy w tę modernizację i zaciągnęliśmy kredyt. Kosztowała nas 50 tysięcy zł - mówi małżeństwo.
ZOBACZ: Zapłacili za nowe mieszkania. Deweloper w długach, budowa stanęła
Kostrzewscy przez czterdzieści lat kilkukrotnie sami remontowali 80-metrową część domu. Założyli klimatyzację, rolety, dbają o elewację, mają nawet mały ogródek. Co miesiąc płacą kolei ponad 1100 złotych czynszu. PKP kilka dni temu zaproponowały im do wyboru dwa małe mieszkania do gruntownego remontu i to na ich koszt. Kostrzewscy jednak kochają swój dom pomiędzy torami.
Poszkodowanych jest też dziesięć rodzin z sąsiedniej ulicy Śluzowej. Oni co prawda mają od ulicy wejście do swoich domów, ale zamknięcie drogi odcięło im jedyny dojazd do garaży i podwórek z drugiej strony budynków.
- Nie możemy nic przewieźć, muszę teraz w sobotę trzy tony ekogroszku wnieść, a potem po schodach do piwnicy. Do tej pory wjeżdżał samochód tutaj od tyłu i zrzucał - opowiada jeden z mieszkańców.
To zapis telefonicznej rozmowy z pełnomocnikiem właściciela terenu:
Reporter: Sąsiedzi twierdzą, że jest im utrudniany dojazd do posesji.
Pełnomocnik: Proszę nie drążyć tematu, to jest bzdura, nagonka. Była propozycja odpłatnego korzystania i nikt na nią nie odpowiedział. Nie rozumiem, czemu miałby ktoś udostępnić coś za darmo, co jest jego własnością.
ZOBACZ: Dwuletni Mikołaj ma ciężką niepełnosprawność. Rodzice winią szpital
- Słaliśmy pisma do właściciela, wszystkie wracały, nie chciał się dogadywać - odpowiadają mieszkańcy.
Ponieważ PKP nie podjęły jeszcze rozmów z właścicielem terenu, do akcji wkroczył urząd miasta. Magistrat znalazł dwa rozwiązania. Chce zaproponować nowemu właścicielowi zamianę części terenu i odtworzyć drogę w miejscu, gdzie istniała albo wykupić inną niezabudowaną działkę i poprowadzić tam nową drogę. Jednak nie wiadomo, ile potrwają formalności.