Stracił dowód, potem przyszły wezwania z Niemiec. Kwoty są kolosalne
Pan Krzysztof kilka lat temu zgłosił utratę dowodu osobistego i zastrzegł swoje dane. Po latach dostał pismo z urzędu skarbowego w Berlinie i odkrył, że figuruje jako prezes czterech niemieckich spółek. Udało mu się umorzyć sprawę podatku na ponad 360 tys. zł, ale teraz przyszło kolejne wezwanie - tym razem z ZUS na ponad 112 tys. zł zaległych składek. Na prawników wydał już fortunę.
Państwo Siadkowscy z Lubina w województwie dolnośląskim wiedli skromne, spokojne życie. Nigdy nie byli za granicą. Dramat, który teraz przeżywają, zaczął się kilka lat temu.
- Historia zaczęła się w 2015 roku. Byłem na policji zgłosić utratę dowodu osobistego, kradzież. Ale policja nie przyjęła tego zawiadomienia. Powiedziała, że mam iść do urzędu. Tak zrobiłem, zastrzegłem wszystkie dane w urzędzie i myślałem, że temat jest rozwiązany - mówi Krzysztof Siadkowski.
Do czasu. W 2019 r. mężczyzna dostał list z Urzędu Skarbowego w Berlinie o uchylaniu się od podatku dochodowego na kwotę ponad 360 tys. zł.
- Zacząłem szukać w internecie informacji i okazało się, że jestem prezesem czterech spółek w Berlinie. I teraz pytanie: mieli dowód osobisty, ale inny podpis, inną twarz. I jak to jest możliwe, że można u czterech notariuszy zarejestrować cztery rożne firmy i zapisać mnie jako dyrektor – mówi pan Krzysztof.
- Musiało dojść ewidentnie do przestępstwa, fałszerstwa, posłużenia się czyimś dowodem. Myślę że działało to w ten sposób, że przychodzi do notariusza założyciel z członkiem zarządu takiej spółki. Niemiecki notariusz patrzy: jest dokument tożsamości, czasami te zdjęcia są różnej jakości, przychodzi jakiś Polak, pewnie uznał, że tak, to jest ta osoba. Ta weryfikacja była błędna i tak to musiało się wydarzyć. Ci ludzie wiedzieli, co robią, udali się do czterech notariuszy, żeby to ryzyko rozproszyć – ocenia prawnik Paweł Osiński.
ZOBACZ: Bez dostępu do domu! Każde przejście grozi mandatem
Krzysztof Siadkowski opowiedział o problemach w swoim zakładzie pracy. Historią zainteresował się dyrektor finansowy firmy. - Dostałem wtedy niemieckiego prawnika, który próbował mnie wyrejestrować z tych wszystkich spółek – mówi.
- W 2019 roku, kiedy sprawą zajmował się niemiecki adwokat na terenie Berlina, przyszedł do nas pan. Powiedział, że wysyłał go kolega, bo jego kolegi kolega jest umoczony w tej całej sprawie – relacjonuje Wiktoria Siadkowska, żona pana Krzysztofa.
- Zaoferowali 100 - 200 tys. zł, jeżeli zrezygnuję z adwokata. Oczywiście, że nie zrezygnuję. Nie mogłem tego zrobić, bo miałem cztery spółki, gdzie były moje dane napisane. Oszustwo podatkowe i inne rzeczy – dodaje pan Krzysztof.
Tajemnicza wizyta. "Policja radziła, byśmy ukryli gdzieś na kilka dni"
Wiktoria Siadkowska zrobiła zdjęcie samochodu tego mężczyzny. Po tablicy rejestracyjnej wnioskuje, że mieszka w okolicy.
- Zgłosiliśmy sprawę na policję tego samego dnia, to powiedzieli nam, żebyśmy się ukryli gdzieś na kilka dni, bo możemy być obserwowani. Ja w szóstym miesiącu ciąży miałam się chować gdzieś. Wróciliśmy do domu o drugiej w nocy i chodziliśmy po ciemku jak szczury. Bez palenia światła, bez telewizora, żeby tylko nie dać znać, że jesteśmy w domu. I tak żyliśmy przez kilka dni.
Po niecałym miesiącu jak wróciliśmy do domu z pracy, zastaliśmy kartkę wciśniętą w drzwi, a druga była w skrzynce pocztowej, na której było napisane: „Kontakt w sprawie firmy niemieckiej” oraz kiedy dzwonić, w jakich godzinach - opowiada.
ZOBACZ: Płacą za mieszkania, do których nie wejdą. Dramat pogorzelców z Ząbek
Małżeństwo mówi, że zadzwoniło raz na wskazany numer, ale telefon był wyłączony.
- Zgłosiłem zawiadomienie do prokuratury i zostały zamknięte te postępowania. W Polsce nie zostało popełnione przestępstwo, więc zamknęli postępowanie i tyle. No i zostałem sam z tym wszystkim – przyznaje pan Krzysztof.
- W kodeksie karnym są artykuły, które mówią, że jeżeli przestępstwo zostało popełnione za granicą, ale na szkodę polskiego obywatela, to jest ich psim obowiązkiem takie postępowanie prowadzić. Oni w końcu są po to, żeby tej sprawiedliwości bronić i wspierać obywateli właśnie w takiej sytuacji. Bronić, kiedy ich prawa są rażąco naruszane. Tu nie chodzi o kradzież samochodu czy kur z pola. Myślę, że może to być grupa, międzynarodowa przestępczość, być może vatowska - komentuje adwokat Paweł Osiński.
Stracił dowód osobisty. Najpierw pismo z Niemiec, później z ZUS
Dzięki niemieckiemu prawnikowi, za którego zapłacił zakład pracy pana Krzysztofa, udało się w 2022 roku umorzyć postępowanie o wyłudzeniu podatku w kwocie 360 tysięcy złotych. Rodzina odetchnęła z ulgą. Niestety kilka tygodni temu znowu przeżyła szok.
- Przyszedł list windykacyjny z ZUS w Kluczborku, że w ciągu dwóch tygodni mam opłacić zaległe składki chorobowe na kwotę 112 tys. zł, z tego 49 tysięcy to odsetki. Inaczej dostanę dodatkową karę w wysokości 20 tys. zł – mówi Krzysztof Siadkowski,
- Jeżeli teraz tego nie wyjaśnimy, to ja nie wiem, co będzie za kolejne lata. Ja nie wiem, czy ten pan z drugim panem założą nowe spółki, czy będziemy mieli dalej długi. Ja nie wiem, czy nie narobili jakichś kredytów, przestępstw na męża, że przyjdzie mi policja do domu i go aresztuje. Oni dalej ten dowód mają. Tak się nie da żyć. Ja mam dwójkę dzieci do wychowania. Ja nie czuję się tu bezpiecznie – komentuje Wiktoria Siadkowska.
ZOBACZ: Sama z piątką dzieci. Dramatyczna walka o życie pani Iwony
W naszej obecności pan Krzysztof zadzwonił do adwokata, który reprezentuje go w Niemczech.
- Sytuacja jest rzeczywiście bardzo poważna dlatego, że mamy do czynienia najprawdopodobniej z profesjonalistami, przestępcami, którzy podszyli się pod pańskie dane. Dodatkową trudnością jest fakt, że sprawa tyczy się rzeczy, które stały się kilka lat temu. W ramach takiego normalnego toku instancyjnego, sądowego, wszystko jest pozamykane. Wyroki, które zostały wydane przeciwko panu, już się dawno uprawomocniły – tłumaczy dr Jacek Franek.
- Teraz zapłaciłem za 15 godzin pracy prawnika kwotę 18 tysięcy złotych. A realne koszta to 60, 80, nawet do 100 tysięcy, jeśli chodzi o obronę i udowodnienie swojej niewinności na terenie Niemiec. Tak naprawdę z tym wszystkim zostałem sam – komentuje poszkodowany.