W sądach czas się zatrzymał

W sądach czas się zatrzymał

Prosta sprawa i blisko trzy lata sądowej batalii! Pan Waldemar przewrócił się wychodząc z wanny. Ponieważ był ubezpieczony, walczył o odszkodowanie. Sprawa trafiła na wokandę. Wydanie wyroku zajęło sądowi niemal trzy lata. Pewnie trwałoby to jeszcze dłużej, ale w międzyczasie pan Waldemar złożył skargę na przewlekłość postępowania i przyznano mu rację.

Waldemar Sujka ma 54 lata. Kiedyś był kierowcą. Siedem lat temu mężczyzna jadąc samochodem zatrzymał się przed znakiem "Stopu". Wtedy to został staranowany przez nadjeżdżający z tyłu samochód. Po wypadku do pracy już nie wrócił, został rencistą. Niestety, sześć lat temu uległ kolejnemu wypadkowi. Wychodząc z wanny poślizgnął się i upadł. Znów trafił do szpitala. 

- Lekarze zdecydowali się na natychmiastowy zabieg operacyjny - wspomina mężczyzna.

Pan Waldemar miał polisę ubezpieczeniową. Był pewien, że po upadku w wannie i wyjściu ze szpitala otrzyma pieniądze od ubezpieczyciela z tytułu nieszczęśliwych wypadków. Niestety, ubezpieczyciel odmówił.

- Rzecznik Ubezpieczonych moje roszczenia uznał za zasadne. Kilkakrotnie zwracał się do PZU o zbadanie mojej sprawy - opowiada pan Waldemar.

- Zwrócił się do nas i opierając się na dokumentacji medycznej wskazywał, że ma do czynienia z dolegliwościami pourazywowymi. Ubezpieczyciel odpowiedział jednak, że te dolegliwości są wynikiem wcześniejszych urazów. Rzecznikowi w takiej sytuacji trudno rozstrzygać, pozostaje droga sądowa - mówi Anna Dąbrowska z Biura Rzecznika Ubezpieczonych.

Mężczyzna postanowił walczyć z ubezpieczycielem dalej. Domagał się jednorazowego odszkodowania - 800 złotych. Tym razem przed sądem. Pan Waldemar ma niewiele ponad 600 złotych renty. Nie stać go na adwokata, wiec złożył wniosek do sądu o przyznanie pełnomocnika. Niestety, sąd odmówił, twierdząc, że sprawa jest prosta i sam sobie poradzi. Pan Waldemar wierzył więc w szybkie rozwiązanie problemu. Tym bardziej, że posiadał już opinie lekarza biegłego o utracie zdrowia.

- Upadek spowodował, że wypadły mi dyski i popękały pierścienie - opowiada pan Waldemar.

Niestety, sprawa przeciągała się. Sąd zmieniał biegłych lekarzy, świadkowie nie stawiali się na rozprawy. Pan Waldemar tracił cierpliwość. W końcu złożył skargę do prezesa Sądu Okręgowego na przewlekłość postępowania. Prezes poparł roszczenia pana Waldemara.

- Trzykrotnie nie stawił się świadek. Motywował to w pierwszym przypadku tym, że miał 30 pacjentów. Sprawdziłem, to nieprawda. Nie przychodzi na rozprawy świadek i nie przychodzi sąd. Przychodzę tylko ja - twierdzi pan Waldemar.

- Faktycznie, można było przyspieszyć to postępowanie. Była tu przewlekłość sądu - przyznaje Artur Ozimek z Sądu Okręgowego w Lublinie.

Sprawa trwała prawie trzy lata. Pan Waldemar przegrał ją i musi zapłacić teraz więcej niż wnosił w pozwie. Zapłacić musimy także i my.

- Podatnicy także pokrywają część kosztów rozpraw. Jeśli nawet strona przegrana musi zapłacić, to i tak w całości nie rekompensuje działalności wymiaru sprawiedliwości - mówi Łukasz Chojniak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego.

Każda rozprawa kosztuje, nawet taka banalna, w której sąsiedzi spierali się w sądzie o uszkodzoną sadzonkę modrzewia.

- Postępowanie będzie się toczyło przed sądem. Trudno powiedzieć ile będzie kosztowało. Na pewno więcej niż wartość przedmiotu sporu, bo jest on wart 1 złotych - przyznaje Artur Lipiński z Sąd Okręgowego w Krośnie.

Takich absurdów, jak twierdzi Ministerstwo Sprawiedliwości już nie będzie. Zapowiada się prawdziwa rewolucja w sądach. Rozprawy będą nagrywane. Szkoda, że tego szczęścia nie miał pan Waldemar.

- Juz w tym roku rozpocznie się nagrywanie rozpraw. Dzięki temu za granicą skróciło to o jedna trzecią czas trwania rozpraw. Będzie większa kontrola nad sędziami - mówi Joanna Dębek z Ministerstwa Sprawiedliwości.*

* skrót materiału

Reporterka: Żanetta Kołodziejczyk

e-mail

(Telewizja Polsat)