Urzędnik może więcej?

Urzędnik może więcej?

Skandal w Grudziądzu. Mirosław Stochaj, szef miejscowego przedstawicielstwa Urzędu Marszałkowskiego potrącił pieszego i uciekł z miejsca wypadku. Gdy znalazła go policja, był pijany. Mimo to, po zbadaniu alkomatem został... wypuszczony do domu.

Jest 4 września 2010 roku. Piotr Pegel wraca z pubu w Grudziądzu. Idzie jezdnią, bo jak twierdzi, usiłuje do domu wrócić taksówką lub autostopem. Wymija go kilka pojazdów. Nagle z impetem uderza w niego fiat Punto. Pieszy przelatuje nad samochodem, kierowca nie udziela mu pomocy, ucieka z miejsca wypadku. Na miejsce przyjeżdża pogotowie ratunkowe i policja. Potrącony mężczyzna jest nieprzytomny. Karetka odwozi go do szpitala. Obrażenia u mężczyzny są poważne.

- Miał uraz czaszkowy, musiał być hospitalizowany. Po badaniach tomografem wyszło nawet, że są tłuczenia mózgu - informuje Marek Nowak, dyrektor Regionalnego Szpitala Specjalistycznego w Grudziądzu.

Dwie godziny później anonimowy rozmówca informuje policję, gdzie znajduje się sprawca wypadku. Patrol odnajduje mężczyznę przy samochodzie. Badanie alkomatem wykazuje ponad dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Sprawcę wypadku policja zabiera na badanie krwi, a następnie... puszcza do domu.

- Przytomność odzyskałem dopiero po dwóch dniach. Najgorszą rzeczą jest to, że widzę podwójnie, no i noga. Nie mogę przejść nawet kawałka, tak boli - mówi potrącony Piotr Pegel.

Wypadek spowodował Mirosław Stochaj. Grudziądzki szef przedstawicielstwa Urzędu Marszałkowskiego, były dyrektor izby wytrzeźwień, były kandydat na prezydenta miasta oraz były przewodniczący miejskiej komisji antyalkoholowej. Przez kilka dni grudziądzka policja milczała na temat szczegółów wypadku. Gdyby nie Gazeta Pomorska, być może okoliczności zdarzenia nie dotarłyby do opinii publicznej.

- Zdobyliśmy te informacje od naszego informatora. Na policyjnym portalu nie było takiej wiadomości. Mimo że pytałem o pana Mirosława Stochaja, pani rzecznik nie chciała niczego potwierdzić - opowiada Łukasz Ernestowicz, dziennikarz Gazety Pomorskiej.

Okazuje się, że Mirosław Stochaj prywatnie jest mężem sędzi z Sądu Rejonowego w Grudziądzu i zięciem emerytowanego szefa prokuratury. Zastajemy go w urzędzie. Mężczyzna twierdzi, że żałuje swojego czynu.

- Złożyłem rezygnację w pracy. Odchodzę po upływie wypowiedzenia, czyli z końcem października - powiedział Mirosław Stochaj.

- Nic nie mówił o tym, że chce zrezygnować z pracy. Cały czas powtarzał, żeby zaczekać z upublicznieniem tego do czasu wyjaśnienia sprawy przez policję, że nie wszystko jest jasne, że nie wiadomo kto zawinił - mówi Łukasz Ernestowicz, dziennikarz Gazety Pomorskiej.

Jeszcze kilka dni temu Mirosław Stochaj nie planował wycofania się z życia publicznego. Czy to wizyta ekipy Interwencji zmusiła go do złożenia deklaracji rezygnacji? Tego się nie dowiemy. Pewne jest jednak to, że po naszej wizycie mężczyzna w trybie natychmiastowym został zwolniony z obowiązku świadczenia stosunku pracy.

Poszkodowany mężczyzna zarabiał na utrzymanie rodziny pracą na rusztowaniach. Teraz leży z gipsem na nodze w łóżku, nie stać go nawet na leczenie.*

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki

aborzecki@polsat.com.pl

(Telewizja Polsat)