Przez tydzień prosiła o pomoc

Przez tydzień prosiła o pomoc

Pani Dorota przez tydzień zmagała się z groźną chorobą. Była u kilku lekarzy rodzinnych, a kiedy było już naprawdę źle, mąż kilka razy dzwonił na pogotowie. Niestety, utrzymująca się od kilku dni wysoka temperatura i problemy z oddychaniem nie przekonały dyspozytorki, by wysłać pomoc. Pani Dorota zmarła.

Pani Dorota, mieszkanka Bartoszyc, przed kilkunastoma dniami poczuła, że zaczyna chorować. Miała wysoką gorączkę, więc odwiedziła lekarza rodzinnego. Ten po przepisaniu lekarstw odesłał chorą do domu i kazał się zgłosić po pięciu dniach. Przez ten czas chora codziennie zmagała się z chorobą.

- Dwa razy była u lekarza rodzinnego. Za każdym razem inna doktor przyjmowała. Przez trzy dni miała po 40 stopni gorączki, mimo tego odesłano ją do domu. To powinno dać do myślenia, w momencie gdy grypa panuje w kraju - mówi Ryszard Orlicki, mąż pani Doroty.

- Kobieta natychmiast powinna zostać skierowana do szpitala, takie jest moje zdanie - twierdzi Sławomir Wójcik, dyrektor szpitala w Bartoszycach.

Ale skierowania do szpitala pani Dorota nie dostała. Dzień później - w sobotę rano- z kobietą było już naprawdę źle. Przychodnia rodzinna była zamknięta, więc mąż pani Doroty zadzwonił po pogotowie.

Rozmowa z dyspozytorką pogotowia:

Dyspozytorka: Mogę żonę do telefonu?

Mąż: Nie wiem, czy ona będzie w stanie mówić.

Dyspozytorka: Ile pani ma w tej chwili temperatury?

Pani Dorota: O godzinie siódmej miałam czterdzieści stopni. Ciężko mi jest oddychać. Pani doktor mówiła, że po 5 dniach powinna spaść ta temperatura.

Dyspozytorka: No to wie pani, jeszcze może nie być efektu.

Pani Dorota: Matko Święta od poniedziałku, w zasadzie od niedzieli.

Dyspozytorka: Od kiedy tak ciężko pani oddychać jest?

Pani Dorota: Od środy.

Dyspozytorka: Wie pani co, ja mam drugi telefon, to pani do mnie jeszcze zadzwoni i mi powie. -

Ludzie przestraszeni informacjami medialnymi o grypie podają, że mają kilka dni gorączkę, bóle stawowe, dreszcze, zaburzenia oddychania. W naszym szpitalu stwierdziliśmy w ostatnim tygodniu, że ilość pacjentów przychodzących z podobnymi objawami wzrosła kilkunastokrotnie. Ludzie się boją. Dyspozytorka, według mojej oceny, zareagowała prawidłowo - twierdzi Grzegorz Drzazga, ordynator szpitalnego oddziału ratunkowego w Bartoszycach.

Jednak porady telefoniczne nie pomogły, kilka godzin później pani Dorota zaczęła słabnąć.

- W pewnym momencie zauważyłem, że żona leży na podłodze. Od razu zadzwoniłem na pogotowie. Mówiłem, że żona umiera, prosiłem o przysłanie karetki. Ta pani kolejny raz wdrożyła te wszystkie procedury. To trwało z 10-15 minut, a każda sekunda jest cenna - opowiada Ryszard Orlicki, mąż pani Doroty.

- Niestety, stwierdziłem zgon. Nie podejmowaliśmy żadnych akcji, bo było już za późno - dodaje Sławomir Wójcik, lekarz pogotowia.

Kilka dni później odbył się pogrzeb pani Doroty. Rodzina do dziś nie potrafi zrozumieć dlaczego przez tydzień nikt nie potrafił skutecznie pomóc chorej i dlaczego wezwanie o pomoc zbagatelizowało pogotowie. Zdecydowali się skierować sprawę do prokuratury. *

* skrót materiału

Reporterzy: L. Tekielski, A. Mioduszewska

ltekielski@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)