Porwana we Włoszech?

Porwana we Włoszech?

W Komendzie Głównej Policji trwa postępowanie wyjaśniające, w jaki sposób policjanci szukali Moniki Ornowskiej z Bobolic pod Koszalinem. Kobieta zaginęła we Włoszech w 2004 roku. Jej rodzina zawiadomiła policję. Sprawa trafiła do Komendy Głównej Policji, a ta zgodnie z procedurami powinna zawiadomić policję we Włoszech. Strona włoska twierdzi, że o sprawie dowiedzieli się dopiero w 2006 roku. Po dwóch latach od zaginięcia pani Moniki.

- Ludzie giną, a oni w ogóle ich nie szukają. Policja, nie chce z nimi nawet rozmawiać - mówi Teresa Przybylska, matka zaginionej Moniki

To miała być tylko sezonowa praca. Tylko trzy miesiące, które miały podreperować domowy budżet 31-letniej Moniki Ornowskiej z Bobolic pod Koszalinem. Gdy kuzynka i jednocześnie pośredniczka - Wanda R. - zaproponowała kobiecie w 2004 roku wyjazd do Włoch, ta nie wahała się ani chwili.
 

Początkowo wszystko było dobrze. Pani Monika znalazła pracę, niemalże codziennie dzwoniła do domu. Po trzech miesiącach zaczęło się jednak dziać coś niepokojącego. Telefony od pani Moniki były coraz rzadsze, krótsze i nerwowe.

- Te telefony były dramatyczne. Ona mówiła jakby nie swoim głosem, jakby była pod wpływem narkotyków. W oddali słychać było jakieś bicie, krzyki, jęki - mówi Piotr Polechoński, dziennikarz Głosu Koszalińskiego oraz znajomy rodziny.

Ostatnia rozmowa z panią Moniką miała miejsce 29 czerwca 2004 roku. Od tej pory słuch po pani Ornowskiej zaginął. Zaniepokojona rodzina zgłosiła sprawę policji w Koszalinie.

- 20 sierpnia 2004 roku, czyli niespełna miesiąc po zgłoszeniu zaginięcia, wysłaliśmy wniosek o wszczęcie poszukiwań na terenie Włoch do Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. A Komenda Wojewódzka Policji przesłała ten wniosek 9 września do Komendy Głównej Policji w Warszawie - informuje Magdalena Marzec z Komendy Miejskiej Policji w Koszalinie.

Zgodnie z procedurami Komenda Główna Policji powinna taki wniosek przekazać stronie włoskiej. Funkcjonariusze zapewniali, że niezwłocznie tak właśnie uczynili. Jednak rodzina pani Moniki od początku miała poczucie, że policja nie przykłada się do poszukiwań. Bliskich bolały sugestie funkcjonariuszy, że pani Monika nie odzywa się, bo po prostu nie chce utrzymywać kontaktu z bliskimi. Sami policjanci są jednak ze swej pracy zadowoleni.

- Jak w 2004 roku zgłaszałam zaginiecie siostry, byłam już po rozmowach z konsulem z Mediolanu. Mówił, co się dzieje, że są obozy pracy, że tam Polacy trafiają. Kiedy mówiłam o tym policji, to patrzyli na mnie, jak na kogoś kto się naoglądał za dużo filmów. Nikt mi nie wierzył - mówi Edyta Skowrońska, siostra zaginionej Moniki.

- Jesteśmy w stałym kontakcie z rodziną pani Moniki. Rodzina zna telefony do osób, które prowadzą to postępowanie, jest na bieżąco informowana - informuje Magdalena Marzec z Komendy Miejskiej Policji w Koszalinie.

- Policjant mówił, że jeżeli ta Wanda przyjedzie do polski, to żeby dać im znać, żebym ja sama tam nie jechała, bo mogą mnie oskarżyć o nachodzenie. Kiedy zadzwoniłam na policję z informacją, że ona wróciła do Polski, funkcjonariusze zapewniali mnie, że pojadą. Po 2 tygodniach policjant mi powiedział, że nie pojechali, bo spadł śnieg - dodaje Edyta Skowrońska, siostra zaginionej Moniki.

Rodzina pani Moniki nie mogła znieść bezczynności. Szukali więc zaginionej na własną rękę. Jedna z sióstr, pod przybranym nazwiskiem, pojechała nawet śladami pani Moniki do Włoch. O mały włos sama nie przepłaciła tego życiem.

- Została rozpoznana przez tych przewoźników, przytrzymali ją, pytali, po co przyjechała, jaki jest jej cel. Sto metrów dalej stał mercedes z przyciemnianymi szybami. Ona miała wrażenie, że od jej odpowiedzi zależy jej życie - mówi Piotr Polechoński, dziennikarz Głosu Koszalińskiego oraz znajomy rodziny.

- Musiała kłamać, że Monika się już odezwała, że jest wszystko porządku, że na policję nie będziemy zgłaszać - dodaje Edyta Skowrońska, siostra zaginionej Moniki.

Razem z panią Moniką zniknęła kuzynka pani Ornowskiej - Wanda R. - kobieta, która pośredniczyła w wyjeździe pani Moniki. Wanda R. pozmieniała numery telefonów i do dziś jest nieuchwytna.

- Nie widziałam jej ani jej męża tyle lat, co mojej siostry nie ma. Nie odbiera od nas telefonów. Ona w jednej rozmowie z moją mamą powiedziała: "No i co mi zrobisz? Co z tego że ją sprzedałam, co mi zrobisz?" - mówi Edyta Skowrońska, siostra zaginionej Moniki.

To utwierdziło rodzinę pani Ornowskiej w przekonaniu, że Monika trafiła do obozu pracy. W dramatycznej walce o odnalezienie zgłosili się do nowo powstałego konsulatu w Katanii. To czego tam się dowiedzieli wprawiło ich w osłupienie.

- Pan z konsulatu prosił policję włoską o pomoc. Zaniósł plakat i wtedy się okazało, że Monika nie jest zgłoszona jako zaginiona i policja w Katanii nie może jej szukać - opowiada Edyta Skowrońska, siostra zaginionej Moniki.

Jak mogło dojść do takiego zaniedbania? Bliscy pani Moniki próbowali uzyskać odpowiedź na to pytanie. Jak przekonał się Piotr Polechoński, lokalny dziennikarz, nie było to łatwe.

- Na początku przeszkodą było święto policji. Nikt nam nie chciał udzielić informacji. Nie poddawaliśmy się i po kilku dniach dostaliśmy oficjalną odpowiedź z Komendy Głównej Policji - wspomina Piotr Polechoński, dziennikarz Głosu Koszalińskiego oraz znajomy rodziny.

Oto fragment pisma z Komendy Głównej Policji:

"Uprzejmie informuję, że informacja o zaginięciu Moniki Ornowskiej została przekazana stronie włoskiej za pośrednictwem Interpolu 05.09.2006. (?) Nadmieniam, że informacja wpłynęła do KGP we wrześniu 2004 roku."

- Na moje pytanie, dlaczego przez te dwa lata nikt nie zawiadomił strony włoskiej, odpowiedź była kuriozalna, mianowicie taka, że nie mają pojęcia, nie wiedzą dlaczego? - dodaje Piotr Polechoński, dziennikarz Głosu Koszalińskiego oraz znajomy rodziny.

Dziś Komenda Główna Policji już wie. Okazało się, że właśnie znalazł się dokument, który rzekomo potwierdza fakt, że włoska policja została zawiadomiona zaraz po zaginięciu. Strona włoska nie potwierdza jednak wersji polskiej policji. "Na wszelki wypadek" więc Komenda Główna Policji wszczęła wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.

- To jest po prostu tragedia dla tej rodziny. Jednego dnia dowiadują się, że szukali, potem że nie szukali, to są zwyczajne kpiny - twierdzi Piotr Polechoński, dziennikarz Głosu Koszalińskiego oraz znajomy rodziny.

Każdy dzień dla bliskich pani Moniki to czekanie na cud. Jest im ciężko, ale wciąż tli się w nich iskierka nadziei. Mają nadzieję, że Monika wróci. *

* skrót materiału

Reporter: Irmina Brachacz