Czekając na zaginione dziecko

Czekając na zaginione dziecko

Ból i rozpacz po zaginięciu ukochanego dziecka są trudne do opisania. Ono znika nagle i bez pożegnania, pozostawiając w sercach rodziców pustkę na długie lata. Kiedy cichnie zgiełk poszukiwań, rodziny stają oko w oko ze swoją tragedią. W ich przypadku czas nie leczy ran, a nadzieja na odnalezienie pociechy tli się do końca życia.

Policjanci nazywają je "zaginięciem trwałym". Ma miejsce, gdy człowiek znika i mimo upływu lat, już się nie odnajduje. Rozpływa się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Zostawia po sobie rozpacz, która doprowadza do granic obłędu.

- To jest właśnie akt urodzenia mojej córki. Mija 25 lat, jak zaginęła - mówi Elżbieta Mateja, matka zaginionej Kasi.  

- Cierpienie i ogrom bólu rodziców, którym zaginęło małe dziecko, jest ogromny. Komuś, kto tego nie przeżywa, ciężko to zrozumieć - dodaje Kinga Bystrek z fundacji Itaka, która poszukuje zaginionych i pomaga ich rodzinom.

Kartuzy, 27 stycznia 1986 roku: siedmiomiesięczna Kasia niespodziewanie dostaje wysokiej gorączki. Rodzice wiozą ją do szpitala na obserwację. Mają odebrać ją po tygodniu. Nie wiedzą, że widzą córkę po raz ostatni.

- O godzinie piątej rano dyżurny poinformował nas, że jest zgłoszenie ze szpitala o zaginięciu dziecka - wspomina Andrzej Miotke, były milicjant.

Kasia zniknęła między godziną drugą a piątą nad ranem. Chociaż w szpitalu obecni byli lekarze i pielęgniarki, nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Porywacz najprawdopodobniej dostał się do szpitala przez piwniczne okno. Wszystko było więc dokładnie zaplanowane.

Jeżeli Kasia żyje, ma dziś 25 lat. Być może wychowała się szczęśliwie w rodzinie, która sama nie mogła mieć dzieci. Państwo Matejowie mają nadzieję, że kiedyś uda im się jeszcze z nią spotkać. Nawet, jeśli rozsądek podpowiada, że szanse na to są iluzoryczne.

- To jest siostra Kasi, rok starsza. Może być podobna do Kasi, bo wszystkie moje córki są podobne. Mam nadzieję, że widzi to, Kasia rozpozna siebie - mówi Marian Mateja, ojciec zaginionej.

- Miała dziurkę w uchu, tak jak do kolczyka, a na piersi, tak przy sutku, myszkę czerwoną, jak naznaczona. Kasiu, od 25 lat czekamy na ciebie. Jak nas rozpoznasz, odezwij się, przyjedź, odwiedź, daj znać - apeluje Elżbieta Mateja, matka zaginionej.

Beata zaginęła 14 kwietnia 1975 roku. O godzinie dziewiątej rano dziewczynka wyszła z domu na lekcję religii. Miała do przejścia około 800 metrów, ale nigdy tam nie dotarła.

- Jakaś dziewczynka widziała, że do samochodu ją wprowadzali, dwóch ich było - mówi Henryk Radke, ojciec zaginionej Beaty.

Zgodnie z prawem po dziesięciu latach od zaginięcia dziecka, policja może odłożyć sprawę na półkę. Ale koszmar rodziny trwa dalej. Gdy wyczerpują się możliwości, bliscy sami muszą zmierzyć się ze swoją tragedią. Gorączkowe działanie zamienia się w czekanie na cud.

- Mamy taką rodzinę, gdzie zaginął brat bliźniak. Rodzice widzą, jak drugi rośnie i jak wygląda ten zaginiony. Ten ból nie mija, często potęguje z biegiem lat - opowiada Kinga Bystrek z fundacji Itaka.

31 stycznia 1997 roku około godziny trzynastej Andżelika wychodzi na pobliski plac zabaw. Ma wrócić do domu za dwie godziny. Chociaż w pobliżu przewijają się dziesiątki osób, po dziewczynce znika wszelki ślad.

- Szukaliśmy jej przez całe noce i dnie. Nikt nic nie widział - wspomina Zofia Przyłębska, babcia zaginionej dziewczynki.

Jeden z jasnowidzów, których rodzina Andżeliki poprosiła o pomoc, wprowadził do sprawy nieoczekiwany zwrot. Jak stwierdził, dziewczynka znajduje się w oddalonym o 100 kilometrów Włocławku. W jego wizji nieustannie pojawiał się dworzec.

- Pokazaliśmy zdjęcia pani z bufetu na dworcu. Prawie że się popłakała, stwierdziła, że gdyby wiedziała, że ta dziewczynka zaginęła, to by ją zaczepiła. Niektórzy twierdzili, że siedziała z tabliczką zawieszoną na szyi, jakby żebrała - mówi Izabela Jankowska, ciocia zaginionej Andżeliki.

- Sprawa, choć minęło już parę lat, cały czas jest w toku - informuje Romuald Piecuch z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.

Zaginione przed laty dzieci, jeżeli żyją, wyglądają dziś zupełnie inaczej. Aby móc je odnaleźć, policja sporządza więc tzw. progresje wiekowe. Mają one w przybliżeniu pokazać, jak wygląda utracona przed laty osoba. Nieoficjalnie policjanci radzą jednak, aby oswajać się z tym, co najgorsze.

- Realne szanse na odnalezienie nie są duże, ale jakieś są i często rodzinom to wystarczy, żeby nie ustawać i szukać - mówi Kinga Bystrek z fundacji Itaka.

- Tak sobie czasami stoję w kuchni i patrzę, że może ta klamka się naciśnie i ona wejdzie - mówi Izabela Jankowska, ciocia zaginionej Andżeliki.

- Wystarczyłaby zwykła pocztówka, informacja, że żyje i ma się dobrze. Nawet nie musiałabym jej szukać, ale byłoby mi lżej - dodaje Elżbieta Mateja, matka zaginionej Kasi.*

* skrót materiału

Reporter: Rafał Zalewski

rzalewski@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)