Katowali 4-letnie dziecko

Katowali 4-letnie dziecko

Piekło 4-letniej Roksany w rodzinie zastępczej. Dziewczynką opiekowali się Elżbieta i Roman S. Bezlitosne małżeństwo biło i upokarzało swoją podopieczną. Kazali jej klęczeć na betonie i drewnie kominkowym, głodzili ją, a rozległe rany sypali solą! Dziecko trafiło do szpitala, a rodzice do aresztu. Za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem grozi im do 10 lat więzienia. Dlaczego małżeństwu powierzono dzieci?

- To dziecko miało posiniaczoną całą twarz. Nie było miejsca bez siniaka. Oczy miało spuchnięte, a w okolicach ust resztki zaschniętej krwi - opowiada Genowefa Pelikan z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Manowie.

Manowo - niewielka miejscowość koło Koszalina. To tam mieszkali Elżbieta i Roman S. ze swoim synem Oskarem. To tam także przebywała trójka dzieci, dla których byli rodziną zastępczą: Adrian, Arek i Roksana. Za zamkniętymi drzwiami, w czterech ścianach rozgrywał się dramat.  

- Zadzwonił do nas mieszkaniec Manowa i powiedział, że jest tam dziecko, które ma podbite oko - wspomina Genowefa Pelikan z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Manowie.

- Dziewczynka była ciężko pobita. Miała obrażenia całego ciała. Nie było takiego narządu zewnętrznego, ani kończyny, która nie nosiłaby śladów obrażeń. Jest martwica, szczególnie powłok brzucha, która wymaga leczenia operacyjnego. Jakby kawałkami odpada skóra - informuje Elżbieta Szymańska, ordynator oddziału chirurgii dziecięcej szpitala w Koszalinie.

Elżbieta i Roman S. trafili do aresztu. Za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem grozi im do 10 lat więzienia. Ustalenia prokuratury są szokujące.

- Znęcanie polegało na biciu małej Roksany ręką, pasem, używaniu wobec niej słów powszechnie uznanych za obelżywe, odmawianiu Roksanie pożywienia i napojów. Państwo S. nakazywali dziewczynce klęczeć na betonie albo na fragmentach drewna kominkowego, jak również posypywano jej rany solą - informuje Grzegorz Klimowicz z Prokuratory Rejonowej w Koszalinie.

Adrian, Arek i Roksana nie mieli łatwego życia. Najpierw zostali umieszczeni w domu dziecka. Ich biologicznych rodziców pozbawiono praw do opieki nad nimi. Stamtąd decyzją sądu w Kętrzynie trafili do rodziny państwa S.

- Zanim dzieci zostały umieszczone w tej rodzinie, sąd żądał opinii od policji i wywiadu środowiskowego przeprowadzonego przez kuratora. Żądał też opinii Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Wszystkie były pozytywne. Od strony formalnej wszystkie procedury zostały zachowane - zapewnia Waldemar Pałka z Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Zdaniem sądu, nie można było przewidzieć, że w rodzinie państwa S. dojdzie do tragedii. Wydaje się jednak, że nie dość dokładnie sprawdzono sygnały, które powinny dyskwalifikować ich, jako rodzinę zastępczą.

SYGNAŁ PIERWSZY

- Ta rodzina starała się w naszym centrum o dzieci. Nie przyznaliśmy im. Jeżeli ktoś tak bardzo nalega na wzięcie dzieci, to daje nam to dużo do myślenia - mówi Mirosława Zielony dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Koszalinie.

- Ktoś sobie nie zadał pytania, dlaczego oni wyjeżdżają gdzieś daleko w świat w poszukiwaniu dzieci - dodaje Aleksandra Lachowicz dyrektor Ośrodka Opiekuńczo-Adopcyjnego w Koszalinie.

SYGNAŁ DRUGI

- Wiemy, że Elżbieta S. i jej mąż byli notowani za kierowanie pojazdami w stanie nietrzeźwości - informuje Urszula Tokarzewicz z Komendy Miejskiej w Koszalinie.

- Jeśli mieli zabrane prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu, to świadczy o ich nieodpowiedzialności i skłonności do alkoholu. To jest prosta zależność - twierdzi Mirosława Zielony dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Koszalinie.

SYGNAŁ TRZECI

- Państwo S. chcieli otrzymywać pieniądze od momentu umieszczenia dzieci w rodzinie, czyli od grudnia, a przepisy mówią, że takie świadczenie przysługuje od momentu złożenia wniosku o takie świadczenie, stąd S. odwołali się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego - mówi Mirosława Zielony, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Koszalinie.

- Na utrzymanie tych dzieci dostawali około 3 tysięcy złotych. To było bardzo dużo dla tej rodziny - dodaje Grzegorz Klimowicz z Prokuratury Rejonowej w Koszalinie.

Mała Roksana powoli dochodzi do zdrowia w koszalińskim szpitalu. Kto jest winny dramatu dziewczynki? Czy tylko ci, którzy się nad nią znęcali?

- Ten przypadek musi sprawić, że każdy z nas się zastanowił, co można zrobić lepiej, szybciej, żeby ten system uszczelnić - podsumowuje Mirosława Zielony, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Koszalinie. *

* skrót materiału

Reporter: Paulina Bąk pbak@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)