Kierowca kontra drogowcy

Kamil Bachorz najechał wieczorem na kompletnie nieoznakowaną podstawę od znaku ostrzegawczego. Kierowca uszkodził samochód, więc zażądał odszkodowania od właściciela drogi. Zarząd Dróg Miejskich w Poznaniu przekazał sprawę do swojego ubezpieczyciela. Ten jednak nie dopatrzył się u drogowców żadnych zaniedbań i pieniędzy nie wypłacił.

Pan Kamil w lutym tego roku przejeżdżał przez Poznań. Był wieczór i padał deszcz. Nagle mężczyzna na coś najechał. Pan Kamili uwiecznił tajemniczy przedmiot na filmie i zdjęciach.

- Najechałem na podstawę znaku drogowego, która stała na dziurze. Ta podstawa była taka gumowo-plastikowa, ciężka. Znak był w krzakach, nie było go widać – opowiada pan Kamil.

- Mógł przed nami jechać samochód i urwać ten znak. Myśmy najechaliśmy na tę podstawę i uszkodziliśmy miskę olejową w samochodzie – dodaje Danuta Bachorz.

Kierowca zgłosił się do właściciela drogi Zarządu Dróg Miejskich w Poznaniu z wnioskiem o wypłatę odszkodowania. Zarząd wniosek skierował do swojego ubezpieczyciela firmy InterRisk.

- Zapłaciliśmy 700 złotych za naprawę i 400 zł za lawetę, którą sprowadziłam samochód z Poznania do Kotlina – mówi Danuta Bachorz.

Mimo że Zarząd Dróg Miejskich był ubezpieczony, pan Kamil pieniędzy nie dostał. Ubezpieczyciel firma InterRisk pieniędzy wypłacić nie chce, bo twierdzi, że droga była odpowiednio zabezpieczona. O decyzji przedstawiciele firmy InterRisk nie chcą rozmawiać przed kamerą. Odpowiedź dostajemy wyłącznie przez e-mail:

„W sprawie, w której Pani interweniuje, kierowca najechał na podstawę znaku tzw. pylonu. Pylon został postawiony przez ZDM natychmiast w ślad za informacją o konieczności zabezpieczenia ubytku w jezdni. Zatem nasz klient dochował wszelkiej staranności w swoich obowiązkach. Mimo że w chwili zdarzenia, górnej części pylonu nie było – nie można mówić o zaniedbaniu z jego strony.”

- To jest droga utrzymywana z moich podatków. Tam się powinno jechać i na nic nie zważać, powinno być bezpiecznie – mówi pan Kamil.

O tym, że o wypłatę odszkodowania trzeba walczyć przekonał się również pan Andrzej Całka z Otwocka niedaleko Warszawy. Mężczyzna w listopadzie ubiegłego roku wracał wieczorem do domu. Jego samochód wpadł w nieoznakowaną dziurę na drodze. Naprawa auta kosztowała 1500 złotych.

- Dojeżdżałem do skrzyżowania, w pewnej chwili wpadłem w dziurę, zatrzymałem się, złapałem kapcia i wezwałem policję. Nie było żadnego oznaczenia, po prostu powstała wyrwa, podmyło jezdnię – opowiada Andrzej Całka, który walczy o odszkodowanie.

Pan Andrzej zgłosił się do Zarządu Dróg Powiatowych w Otwocku, właściciela dziurawej drogi z wnioskiem o wypłatę odszkodowania. Ten jednak winę zrzucił na Urząd Miasta w Otwocku, na zlecenie którego prywatna firma wykonywała kanalizację.

Urząd Miasta twierdzi, że za zabezpieczenie drogi odpowiada Zarząd Dróg Powiatowych w Otwocku. Ten jednak do winy się nie poczuwa. Skierował pana Andrzeja po odszkodowanie do firmy, która wykonywała prace na drodze. Problem w tym, że firma już nie istnieje.

- Za bezpieczeństwo dróg odpowiada jej właściciel, w tym przypadku jest to Zarząd Dróg, który nie zabezpieczył drogi – ocenia Krystyna Krawczyk z Biura Rzecznika Ubezpieczonych.

Zarówno panu Andrzejowi, jaki i panu Kamilowi pozostaje walka przed sądem. Jak długo będą czekali na swoje pieniądze nie wiadomo. Pan Kamil nie zamierza się poddać.

- Nie idzie się z nimi dogadać. Może myślą, że odpuszczę, ale ja tego nie zrobię. W najbliższych dniach skieruję sprawę na drogę sądową – zapowiada pan Kamil.*
* skrót materiału

Reporterka: Aneta Krajewska

akrajewska@polsat.com.pl