"Spokojna” starość

Pani Anna Punda mieszka w maleńkiej miejscowości niedaleko Braniewa. Jest samotną 75-letnią kobietą, która jeszcze 2 lata temu samodzielnie prowadziła kilkuhektarowe gospodarstwo. Dziś jest po operacji wszczepienia endoprotezy i dwukrotnym złamaniu biodra. Przez rok przebywała w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym w Braniewie. Jednak kilka dni temu musiała wrócić do domu. Teraz błaga o pomoc.


W rozpadającym się domu w maleńkiej miejscowości Wola Wilknicka, 30 kilometrów od Braniewa, 10 km od najbliższego sklepu, od kilku dni wegetuje pani Anna. Kobieta ma 75 lat, nie ma żadnej rodziny. Jeszcze 2 lata temu sama prowadziła kilkuhektarowe gospodarstwo. Wszystko zmieniło się rok temu, gdy upadła i złamała biodro.


- Przyjechało  pogotowie, zabrali mnie do Braniewa, później z Braniewa do Elbląga i miałam operację. Jak wróciłam do domu,  wysiadając  z samochodu upadłam i drugi raz nogę złamałam. Nawet do domu nie weszłam, tylko z powrotem do Braniewa, z Braniewa do Elbląga w gips - mówi Anna Punda, która została bez opieki.


Pani Anna spędziła w gipsie kolejnych 6 tygodni. W marcu ubiegłego roku, nie chodząca, trafiła do zakładu opiekuńczo-leczniczego w Braniewie. Za pobyt płaciła ze swej renty – oddawała zakładowi 70% jej wysokości. Miała tam całodobową opiekę. Czuła się tam bardzo dobrze.


-  Przez całą dobę był opieka,   pielęgniarki chodziły w nocy, sprawdzały. Czułam się  tam bezpieczna - mówi Anna Punda, która została bez opieki.


W zakładzie opiekuńczo-leczniczym pani Anna poddawana była rehabilitacji, która przynosiła już efekty. Jednak kilka dni temu nieoczekiwanie staruszka została z zakładu opiekuńczego wypisana. Dlaczego?


- W trakcie pobytu zostały osiągnięte cele opieki, pacjentka została zrehabilitowana i pacjentka może funkcjonować w środowisku domowym - mówi  Renata Stec-Kaniecka,  kierownik Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Braniewie.


  - Słaba jestem. Jeszcze do tego głowa mi się kręci. Nogi bolą. Już nie daję rady – mówi Anna Punda, która została bez opieki.


- Ona potrzebuje opieki 24 godziny na dobę. Taki człowiek  nie nadaje się do funkcjonowania samemu w domu, gdzie nie ma nikogo - mówi Marian Skibiak, znajomy pani Anny.
-  W tym domu  nie ma warunków do tego, żeby pani Anna  przebywała, bo tutaj nie ma łazienki, nie ma nic - mówi Małgorzata Przygodzka, znajoma pani Anny.


-  W celu  pomocy jest opieka społeczna, która została wcześniej poinformowana o wypisie pacjentki i zgodnie z ustawą z 2012 roku, to pomoc społeczna powinna zapewnić pani usługi opiekuńcze - mówi Renata Stec-Kaniecka,  kierownik Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Braniewie.


Pani Anna nie ma żadnej rodziny. Od wyjścia z zakładu w czynnościach domowych pomagają jej przyjaciele. Sama sobie nie radzi. Co na to Zakład Opiekuńczo-Leczniczy? Proponuje by opieka wysłała niesamodzielną panią Annę do domu pomocy społecznej. Tyle że w okolicy nie ma takiego. Pani Anna musiałaby oddalić się od domu o prawie 100 km i zostawić jedyne bliskie jej osoby.


- Trudno przesadzać stare drzewa, gdzieś tam w świat wywieźć i kto by ją tam odwiedził z sąsiadów, czy coś takiego, pojechał do niej - mówi  Marian Skibiak, znajomy pani Anny.


Opieka społeczna robi, co może. Zorganizowała specjalne łóżko, opiekunkę która przez kilka godzin pomoże pani Annie. To jednak nie rozwiązuje problemu.


- Ciągle powtarzam, że to pani Anna powinna zadecydować, czego ona oczekuje. I zadecydowała na dzień dzisiejszy, że  chce powrócić do zakładu opiekuńczo - leczniczego w Braniewie. Jest sporządzony wniosek przez lekarza i pielęgniarkę środowiskową  - mówi Beata Klisz z  Gminnego  Ośrodka Pomocy Społecznej w Lelkowie.

 
 Reporter:  Jeśli się sytuacja nie zmieni, to jak sobie pani wyobraża następne dni?


 - Nie wiem. Wolałabym umrzeć - płacze pani Anna. *

* skrót materiału


Reporter : Irmina Brachacz

ibrachacz@polsat.com.pl