PRL odebrał - urzędnik nie zwróci

Wstyd dla Polski. Rodzina spod Kartuz już prawie dziesięć lat walczy o odszkodowanie za 34 hektary ziemi bezprawnie przejęte w czasach PRL-u. Po wyczerpującej batalii wojewoda pomorski obiecał, że spadkobiercy dawnego właściciela dostaną pieniądze najpóźniej do końca 2011 roku. Teraz okazuje się, że rodzina musi zaczynać wszystko od nowa, w sądzie.

Prawie 34 hektary ziemi koło Kartuz przodkowie Kętrzyńskich, Wyszewskich, Gańskich i Jaworskich nabyli pod koniec XIX wieku. Sześćdziesiąt lat temu gospodarzem był 48-letni wówczas Antoni Kętrzyński. W efektywnej pracy na roli przeszkadzała mu choroba - astma. 

- Mąż Antoni zmarł, bo dostał zawału w polu przy pracy. Zostałam z małym dzieckiem, co miałam robić sama na tych hektarach? – pyta Bolesława Kętrzyńska-Domaros.

W lutym 1969 roku Powiatowa Rada Narodowa w Kartuzach uznaje gospodarstwo za opuszczone i odbiera wszystko zmarłemu Kętrzyńskiemu. Mimo że dwa lata wcześniej było przeprowadzone postępowanie spadkowe.

- Jeden ze spadkobierców był powołany do służby wojskowej, dwóch spadkobierców było nieletnich, a sama decyzja była wydana w stosunku do osoby zmarłej. Jak można było zmarłemu zabrać? – pyta Adam Jaworski, jeden ze spadkobierców.

- Spadkobiercy powinni być poinformowani. Przecież myśmy żyli. A tu takie wychodzą kwiatki, że tam pisze: „Spadkobierców nie ma, gospodarstwo opuszczone” – dodaje Piotr Kętrzyński, spadkobierca.

Batalię o odzyskanie niesłusznie zabranej ziemi spadkobiercy braci Kętrzyńskich  zaczęli dopiero piętnaście lat później, w 1984 roku. Piotr Kętrzyński w momencie odbierania rodzinnego majątku przez państwo odbywał służbę wojskową. Dlatego udało mu się uzyskać odszkodowanie od wojewody.

- Przepis był jednoznaczny, nie dopuszczono nawet do rozprawy sądowej. Bez informowania mnie, jaka będzie wielkość odszkodowania, przelano mi około 200 tysięcy złotych. To nie były duże pieniądze. Zaraz nastąpiła denominacja pieniędzy i za miesiąc to było 20 tysięcy – mówi Piotr Kętrzyński, spadkobierca.

- W 2004 roku siostra wniosła do ministra rolnictwa i rozwoju wsi o wznowienie postępowania dotyczącego krzywdzącej dla niej decyzji. To postępowanie trwało przed ministrem 7,5 roku. W maju 2011 roku okazało się, że minister odmawia – mówi Adam Jaworski, jeden ze spadkobierców.

Miesiąc później ten sam minister zmienił zdanie. Uznał, że spadkobiercom Kętrzyńskich odszkodowanie się jednak należy. A wojewoda pomorski przyrzekł, że sprawa będzie załatwiona do końca ubiegłego roku. W Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi odmówiono nam wypowiedzi przed kamerą w tej sprawie.

- Te decyzje są za każdym razem raz inne. Nie można w ten sposób interpretować prawa, ono powinno być jednoznaczne – mówi Piotr Kętrzyński, spadkobierca.

- Mieliśmy pisemne poświadczenie, że sprawa będzie załatwiona do 31 grudnia 2011 roku. Ówczesny wojewoda przychylała się do naszych wniosków. Raptem, jak wojewoda odszedł z urzędu, to poinformowano nas, że zwracają nasz wniosek – dodaje Adam Jaworski, jeden ze spadkobierców.

- To jest kwestia przestrzegania przepisów. Do odszkodowania można dochodzić na drodze postępowania sądowego. Faktycznie wcześniej doszło do zinterpretowania tego przepisu w sposób błędny. Wyjaśniliśmy to pisemnie i przeprosiliśmy za pomyłkę pana Jaworskiego – informuje Małgorzata Kępa z biura prasowego Wojewody Pomorskiego.

Wspólnie z pełnomocnikiem spadkobierców Adamem Jaworskim szukamy Wojewody Pomorskiego. Bo zgodnie z wykładnią Prokuratorii Generalnej również wojewoda może podjąć decyzję o wypłacie odszkodowania. Urzędnik odmówił wypowiedzi przed kamerą.

- Robienie takich rzeczy poprzez urzędników państwowych uważam  za karygodne. To kto w końcu rządzi w tym kraju? – pyta Adam Jaworski, jeden ze spadkobierców.*

* skrót materiału

Reporter: Ewa Pocztar-Szczerba

epocztar@polsat.com.pl