Piekło Syberii, koszmar z ZUS-em

Deportowani na Syberię pracowali w nieludzkich warunkach, zabójczym klimacie, o chorobie i głodzie. Ponieważ stracili zdrowie, powinni cieszyć się troskliwą opieką naszego państwa. Niestety, nie wszędzie tak jest. Sybiracy skarżą się, że zielonogórski ZUS niechętnie przyznaje im renty inwalidy wojennego. Bywa, że odmawia osobom z opiniami ekspertów, że przez deportację stracili zdrowie i zabiera tym, którzy dostali świadczenie w innym oddziale.

Od tych dramatycznych chwil minęły już 72 lata. I chociaż były dziećmi, pamiętają każdą minutę z nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Wraz z 220 tysiącami Polaków wysłano ich w głąb Związku Radzieckiego na „nieludzką ziemię”.

Helena Siemiginowska ma 84 lata, w chwili deportacji miała 12 lat.

- Przyszło trzech: Ruski z karabinem, Żyd i Ukrainiec. Kazali się zbierać - opowiada.

Emilia Kotowska ma 76 lat, w chwili deportacji miała 4 lata.

- Później do wagonów bydlęcych i w tych wagonach bydlęcych tyle ile się ludzi zmieściło, tyle było. I tak wieźli nas na ten Sybir. Jak koń padł, to ludzie jak sępy rzucili się na tą padlinę, żeby na czymś ugotować jedzenie - mówi.

Syberia to dla pani Heleny i Emilii synonim głodu, chorób i śmierci. I pracy ponad siły. 13-letnia Helena pracowała w kopalni złota. Osiem godzin dziennie, na trzy zmiany.

- Początkowo to jakoś człowiek nie dawał się. Najgorsze dla tych, co wypłukiwali to złoto było, że tam nie było ochronnej odzieży, nie było żadnych gumowców, a pracowało się odkąd tylko woda rozmarzła i dopóki nie zamarzła - opowiada Helena Siemiginowska, Sybiraczka, która walczy z ZUS-em o rentę inwalidy wojennego.

- Przy cielakach trzeba było robić, pilnować ich, słomę zmieniać. Dla ośmioletniego dziecka to też było ciężkie - dodaje Emilia Kotowska, Sybiraczka, która walczy z ZUS-em o rentę inwalidy wojennego.

Po powrocie z deportacji, jak setki tysięcy deportowanych, mimo ogromnej traumy, kobiety próbowały normalnie żyć – założyły rodziny, pracowały. Szansą na lepsze jutro miała być dla nich „Ustawa o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych” z 1991 roku.

- Dostaliśmy takie niebieskie legitymacje kombatanckie, na tej podstawie stawaliśmy na komisjach, żeby uzyskać tę rentę inwalidy wojennego - opowiada Zofia Bartoszewicz, Sybiraczka.

Pani Emilia pierwszy raz próbowała uzyskać rentę inwalidy wojennego w 1998 roku. Zielonogórski ZUS wydał jednak decyzję odmowną, bo zdaniem orzeczników jej schorzenia nie są skutkiem sześcioletniego pobytu na „nieludzkiej ziemi”

- Na komisji usłyszałam “„Po co wyście pojechali, na wczasy? I jeszcze chcecie, żeby wam za to płacić?” Byli tacy lekarze, że nawet tak powiedzieli - mówi pani Emilia.

- ZUS nie zajmuje się ustaleniem pobytu na deportacji, bo to jest udowodnione. Natomiast musi udowodnić że dana osoba jest niezdolna do pracy w czasie badania, w związku z pobytem na deportacji. Jeśli jest schorzenie i związek tego schorzenia z tym, co się działo na deportacji, to z całą pewnością orzeczenie o niezdolności do pracy w związku z pobytem na deportacji będzie - mówi dr Bogdan Jakubski, główny lekarz orzecznik oddziału ZUS w Zielonej Górze.

Tyle że w większości spraw ZUS w Zielonej Górze związku między Syberią a chorobami  nie znajduje. Mimo, że wielu Sybiraków - tak jak pani Emilia - ma opinie lekarzy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy zajmują się badaniem deportowanych i represjonowanych, że związek pomiędzy chorobami a wywózką na Syberię - jest.

- Stwierdzenia, że tego rodzaju dolegliwości nie mogą mieć związku z pobytem na Syberii są  niezgodne z wiedzą medyczną, z wiedzą naukową. To wynika z wszelkiego rodzaju badań. Urazy fizyczne i psychiczne doznane w takim okresie życia, zostawiają trwały ślad - mówi dr hab. medycyny Krzysztof Rutkowski z Katedry Psychoterapii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

- Dziwi mnie to, bo przecież opinię wydali specjaliści z odpowiednich katedr, a tutaj orzecznikiem zusowskim może być i pediatra - dodaje Kazimierz Kotowski, syn pani Emilii.

Pani Helena wniosek o rentę złożyła w 1998 roku do ZUS-u w Bydgoszczy, bo mieszkała wówczas w Inowrocławiu.

- Pojechałam do Bydgoszczy na komisję, badanie było konkretne i od razu usłyszałam, że rentę dostanę - opowiada Helena Siemiginowska

Tak też się stało. Ale radość nie trwała długo – po przeprowadzce do Węgrzynic koło Sulechowa, zielonogórski ZUS rentę jej odebrał!

- To jest oszustwo, krzywda ludzi, nic więcej. W jednym ZUS-ie jestem chora, a w drugim nie - mówi pani Helena.

- Lekarz orzecznik badał tę osobę, wydał odpowiednie orzeczenie. Z tego orzeczenia pani była niezadowolona, odwołała się do sądu, a sąd stwierdził, że orzeczenie jest prawidłowe i uznał trafność decyzji ZUS-u zielonogórskiego - mówi dr Bogdan Jakubski, główny lekarz orzecznik oddziału ZUS w Zielonej Górze.

Sytuacja pani Heleny i Emilii nie jest wyjątkiem. W dawnym województwie zielonogórskim jest 1400 Sybiraków. Jak sami twierdzą trzy czwarte z nich nie ma renty inwalidy.

- W kraju mniej więcej 85 procent wniosków o taką rentę jest rozpatrzanych pozytywnie, a w dawnym województwie zielonogórskim tylko 23 procent - informuje Edward Daszkiewicz, prezes Oddziału Zielonogórskiego Związku Sybiraków.

- To są kpiny! To co, ludzie są tam bardziej chorzy niż my tutaj? Jak? Jedno województwo chorowało, a drugie nie? - pyta Helena Siemiginowska.*

* skrót materiału

Reporterka: Irmina Brachacz

ibrachacz@polsat.com.pl