Aresztowali niewinnego. Czy torturowali?

Mirosław Siwiak został brutalnie wyrwany ze snu przez policję. Podejrzewano go o udział w głośnym zabójstwie w leśniczówce w Dobrzycy. Mężczyzna twierdzi, że na komendzie był bity i torturowany. Do szpitala trafił ze wstrząśnieniem mózgu, uszkodzonym uchem, licznymi siniaki i ogromną traumą. Miał alibi, ale nikt go nie słuchał.

Dobrzyca to mała miejscowość w pobliżu Piły. Od ponad 100 lat stoi tam leśniczówka Płociczno. Mało kto odwiedza dzisiaj to miejsce. Od pół roku unosi się nad nim wyłącznie groza.

- Życie w tym samym budynku straciły dwie rodziny. Te drzewa, ten budynek, te ściany za dużo widziały. Jest to miejsce przeklęte. Niektórzy mówią, że to nie przypadek, że nad tym miejscem krąży jakaś klątwa – opowiada  Agnieszka Kledzik, dziennikarka, znajoma państwa Krause.

- Dla mnie wyrok powinien być adekwatny do tego, co tu się stało. Oko za oko – mówi Bartosz Krause, syn zamordowanych.

Leśniczówka Płociczno dźwiga na sobie mroczną historię. W 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej rozstrzelali na jej ganku mieszkającego tu wówczas leśniczego i jego żonę. Dwadzieścia lat temu zamieszkali w niej Zdzisław i Aleksandra Krause. Dom odżył. Nowi gospodarze postanowili zapisać w dziejach Dobrzycy zupełnie nowy rozdział.

- Tam cmentarz był tak zarośnięty, że z drogi prawie nie było go widać. Zdzisław Krause zaczął go odnawiać, bo twierdził, że tak należy zrobić. Lubił tam przychodzić, lubił to miejsce. Chciał zostać tu pochowany, ale na pewno nie tak szybko – opowiada Agnieszka Kledzik, dziennikarka, znajoma państwa Krause.

Jest 21 marca tego roku. Około godziny siedemnastej w Dobrzycy wybucha pożar. Płonie leśniczówka Płociczno. Wszystko wygląda na nieszczęśliwy wypadek. W spalonym domu strażacy odnajdują dwa ciała. To leśniczy Krause i jego żona. Okazuje się, że wcześniej oboje zostali bestialsko zamordowani. Sprawcy zadali im po kilkanaście ciosów nożem. Potem podpalili ich zwłoki, aby zatrzeć ślady zbrodni.

- To wyjątkowe okrucieństwo, wyjątkowe bestialstwo i przerażająca wręcz determinacja sprawców – mówi Magdalena Mazur-Prus z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Z domu państwa Krause zginęło około tysiąca złotych, trzy myśliwskie strzelby i amunicja. Na koniec mordercy ukradli też ich samochód. Znaleziono go tej samej nocy, 10 kilometrów dalej. Podobnie jak leśniczówka, był doszczętnie spalony.

- Wszyscy: i opinia publiczna, i przełożeni, chcieli jak najwięcej o tej sprawie wiedzieć. A takie żądanie wiedzy najzwyczajniej w świecie przeszkadza w wykonywaniu czynności – mówi Magdalena Mazur-Prus z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Dwa dni po zabójstwie policja zatrzymała Marcina K. i Rafała S. - 30-letnich mieszkańców Piły. Pierwszy przyznał się do udziału w zbrodni. Na dodatek postanowił ujawnić trzeciego sprawcę. Nie pamiętał jego nazwiska. Podał za to pseudonim: „Siwy”.

- O 6 rano weszli do mnie zamaskowani policjanci. Gościu powiedział tylko „gleba”. Podałem nazwisko i usłyszałem: to nie on. Poszli dalej – wspomina Marcin Dorsz, szwagier Mirosława Siwiaka.

- Siedziałem na ubikacji, a on do mnie pistolet skierował i kazał nie ruszać się. 60 lat na tym świecie żyję, żeby we własnej chacie pod spluwą na ubikacji siedzieć? W tej chwili to mi się wydaje śmieszne, ale wtedy mi się śmiać nie chciało – dodaje Jan Siwiak, ojciec Mirosława Siwiaka.

- Ktoś mnie zrzucił z tapczanu na ziemię, kazali się nie ruszać i nie odzywać – mówi Mirosław Siwiak, który twierdzi, że pobili go policjanci.

Trzecim z podejrzanych okazał się Mirosław Siwiak. Mieszkał w pobliżu miejsca, w którym mordercy porzucili skradziony z leśniczówki samochód.
Nosił też podany przez skruszonego bandytę pseudonim. Policjanci zabrali go na komendę w Pile. Tam niemal natychmiast rozpoczęły się przesłuchania.

- Nie było tam imion, czy nazwisk, tylko było „gnoju”, „śmieciu” i inne wyzwiska. Kazano mi klęczeć twarzą do szafy i opowiadać, co robiłem tego dnia. Gdy upadłem do tyłu, dostałem z ręki i nogi od policjanta. Jeden do mnie doszedł i nadepnął mi nogą na jądra. Pytał, czy już zmiękłem i wszystko opowiem – wspomina Mirosław Siwiak.

- On płakał z bólu. Krzyczał, że to jest pomyłka, żeby to sprawdzili. Nikt nie reagował – dodaje Marcin Dorsz, szwagier Mirosława Siwiaka.

Mirosław Siwiak spędził na komendzie ponad półtorej doby. Jak twierdzi, był tam bity i torturowany. Od początku miał alibi na czas morderstwa. Był wtedy w pracy. Jego wersja na nikim nie zrobiła jednak większego wrażenia. Wersję zatrzymanego policjanci sprawdzili po 24 godzinach.

- My nie wiemy, kto kłamie. Musimy ustalić, gdzie leży prawda. Uważam, że przy tym zdarzeniu i tej ilości czynności, które trzeba było wykonać, nie można mówić o jakiejś zwłoce zbędnej w sprawdzeniu alibi – mówi Magdalena Mazur-Prus z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

- Kiedy mnie odprowadzono do celi, zacząłem się rozglądać, o co mógłbym sobie rozszarpać żyły. Powiedziałem, że nie dam zamknąć się do więzienia za coś, czego nie zrobiłem. Stało się jednak tak, że noc jeszcze dobrze nie nadeszła, a już policjanci przyszli i stwierdzili, że odwożą mnie do domu, bo zaszła pomyłka – opowiada Mirosław Siwiak.

Po ponad 30 godzinach okazało się, że pan Mirosław mówił prawdę. Następnego dnia po wyjściu z komendy mężczyzna trafił do szpitala. Stwierdzono u niego wstrząśnienie mózgu, pękniecie błony bębenkowej ucha oraz szereg zasinień i otarć. Po opatrzeniu ran, na skutek traumy tydzień spędził na oddziale psychiatrycznym.

- Nie miałem ochoty wracać do domu, kiedy powiedziano mi, że to pomyłka. Już wtedy czułem się jak morderca. Wiedziałem, że ludzie będą tak na mnie patrzeć – rozpacza Mirosław Siwiak.

W kwietniu tego roku pan Mirosław złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przez policjantów przestępstwa. W przyszłości zamierza też domagać się od nich odszkodowania. Tymczasem mordercy z Dobrzycy wciąż czekają na proces. Prokurator najprawdopodobniej zażąda dla nich kary dożywocia.*

* skrót materiału

Reporter: Rafał Zalewski

rzalewski@polsat.com.pl