Dziecko umierało. Lekarze zwlekali?

Marzeniem pani Małgorzaty było dziecko. Jej ciążę prowadził Andrzej K., szef jednej z wrocławskich klinik ginekologicznych. Wszystko szło dobrze do 9. miesiąca. Gdy pani Małgorzata w klinice czekała na poród, nastąpił atak bólu. Kobieta twierdzi, że przez prawie całą dobę nikt w klinice nie reagował. Dziecko zmarło po porodzie, a kobieta walczyła o życie. Dzieci mieć już nie może.

- W jednej z opinii jest napisane, że dziecko umierało powoli, dusząc się krwią – rozpacza Małgorzta Kossmann.

Pani Małgorzata miała tylko jedno marzenie – chciała zostać matką. Kobieta trafiła do prywatnego gabinetu Andrzeja K. – szefa jednej z wrocławskich klinik ginekologicznych.

- Miałam za sobą dwie ciąże zakończone niepowodzeniem. Szukałam lekarza, który mógłby mi pomóc – opowiada kobieta.

Profesor Andrzej K. dał pani Małgorzacie nadzieję, że uda jej się urodzić dziecko. Kobieta postanowiła spróbować jeszcze raz. W 2006 roku zaszła w ciążę. W dziewiątym miesiącu trafiła do kliniki doktora K.

- Wykonano USG, lekarz powiedział, że płód jest dojrzały, gotowy do rozwiązania. Wagę określił na 3,2 kg. Wszystko z dzieckiem było w porządku.
Miałam zdiagnozowane łożysko przodujące, ułożenie pośladkowe dziecka i małopłytkowość, więc od początku było wiadomo, że ciąża musi zakończyć się cesarskim cięciem – mówi pani Małgorzata. 

Niestety, w klinice kobieta zaczęła się bardzo źle czuć. Bolał ją brzuch. Jak twierdzi, mimo że czuła się coraz gorzej, przez prawie dobę nikt nie reagował. Doktora K. nie było w klinice.

- On był w domu. Mój mąż z nim rozmawiał przez telefon. Powiedział, że wszystko jest w  porządku, żona histeryzuje, a dolegliwości są jelitowe – mówi Małgorzta Kossmann.

Pani Małgorzata straciła przytomność. Doktor K. przyjechał do kliniki, ale było już za późno. Dziecka pani Małgorzaty nie udało się uratować.

- Moje dziecko nie przeżyło. Urodziło się niedotlenione i po trzech dniach umarło, nigdy go nie widziałam. Gdyby tę cesarkę zrobiono mi wcześniej, to byłabym dzisiaj szczęśliwą mamą – mówi pani Małgorzata.

- Pani Małgorzata po operacji cesarskiego cięcia miała niewydolność nerek, niewydolność oddechową, zakrzepicę żył i udar mózgu. Nigdy nie będzie mieć dzieci – dodaje Anita Kutysz, pełnomocnik Małgorzaty Ossmann.

- Paradoks polega na tym, że gdyby profesor nie przyjechał, a mógł nie przyjechać, to ona by nie żyła i nie byłoby całej tej awantury – usłyszeliśmy od przedstawiciela kliniki doktora K. 

Pani Małgorzata postanowiła walczyć o sprawiedliwość. W 2008 roku prokuratura na podstawie opinii biegłych postawiła zarzuty profesorowi K. i lekarzowi dyżurnemu. Jednak do dzisiaj sprawa nie znalazła finału w sądzie.

- Zarzuty są, że lekarze w wyniku swojego zaniedbania spowodowali śmierć dziecka i uszczerbek na zdrowiu matki. Oni się nie przyznali, zakwestionowali opinię biegłych. Została im odesłana z dodatkowymi uzupełniającymi pytaniami. Czekamy na tę opinię – informuje Wojciech Ogiński z
Prokuratury Rejonowej Wrocław-Śródmieście.

Równocześnie przeciwko Andrzejowi K. toczyło się postępowanie przez sądem lekarskim. W lipcu tego roku zostało zawieszone.

- Przedstawił zwolnienie lekarskie, że jest chory, potwierdzone przez lekarza sądowego. Niemniej w tym samym terminie był w stanie przyjmować pacjentki w swoim gabinecie – mówi Anita Kutysz, pełnomocnik Małgorzaty Ossmann.

Trzy tygodnie temu Andrzej K. został prezesem dolnośląskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Chcieliśmy porozmawiać z profesorem K, ale był dla nas nieuchwytny.*

* skrót materiału

Reporterka: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl