Okradziony z emerytury

Lata ciężkiej pracy i nędzna emerytura. Pan Henryk dostaje z ZUS-u zaledwie 1100 zł emerytury. Twierdzi, że powinien dwa razy więcej. Mężczyzna przez 23 lata zatrudniony był w firmie budowlano-montażowej. Rekompensatą za jego trud były wysokie zarobki. Niestety, było to tak dawno, że przepadły dokumenty o tym świadczące.

- Potraktowali jak śmietnik, jak te papiery, które wrzucili do kotła – mówi pan Henryk.

64-letni Henryk Rajczyk z Sieborowic niedaleko Krakowa, przez całe swoje życie bardzo ciężko pracował. Rekompensatą za jego wysiłek były wysokie zarobki. Mężczyzna wierzył, że jego trud odpłacony zostanie na emeryturze. Stało się, niestety, inaczej.

- Zarabiałem około  4 tysięcy złotych plus 570zł za delegacje. Na rękę miałem 4,5 tysiąca. Koledzy  w Krakowie zarabiali po 900 zł – opowiada pan Henryk.

- Miałyśmy wszystko, ale nie miałyśmy taty. To było kosztem czegoś – dodaje córka mężczyzny, Klaudia Szeląg

Pan Henryk jako młody chłopak rozpoczął pracę w jednej z krakowskich firm budowlano-montażowych. Pracował w niej przez 23 lata. Po zakończeniu pracy w firmie założył własną działalność gospodarczą.  Kiedy ukończył 60 lat, zaczął starać się o wcześniejszą emeryturę, z powodu wieloletniej pracy w szkodliwych warunkach.       

Niestety, zamiast odpoczynku na emeryturze, rozpoczął ponadroczną walkę z ZUS-em. Urzędnicy, bowiem odmówili mu wcześniejszej emerytury. Sprawa trafiła więc do sądu. Pan Henryk wygrał i stał się emerytem w 2009 roku.

Z powodu procesu pan Henryk emerytury nie dostawał. Po przegranej sprawie ZUS zaległe emerytury zwrócił. Mężczyzna był zaskoczony ich kwotą: 1100 zł.

- Według moich obliczeń dostałem 50 procent tego, co powinienem – mówi emeryt.

Zdaniem ZUS-u pan Henryk mógłby dostać wyższą emeryturę. Warunek był jeden: udowodnione przez mężczyznę zarobków sprzed lat - z krakowskiej firmy. Potrzebował udokumentowania kilkunastu lat pracy. Zakład istnieje do dziś, więc pan Henryk wierzył, że odzyskanie dokumentów będzie łatwe. Niestety, kiedy odwiedził firmę, okazało się, że jego zaświadczenia o zarobkach zostały już zniszczone.

- Byłem strasznie zaskoczony, bo ZUS mi obliczył emeryturę z 6 lat pracy, a resztę wziął jako najniższą średnią krajową i nagle zostałem na lodzie – mówi pan Henryk.

- W takich firmach dokumenty osobowe były przechowywane przez lat 50, niestety, inaczej przechowywano dokumenty płacowe. Do roku 1991 ten okres wynosił tylko 12 lat – mówi Jolanta Louchin z Archiwum Państwowego Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku.

- Jeżeli nie ma takich dokumentów, to za te okresy przyjmujemy do celów ustalenia świadczenia emerytalnego minimalne wynagrodzenie – dodaje Anna Szaniawska z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Krakowie.

Pan Henryk jest jednym z wielu pokrzywdzonych przez zmieniające się przepisy i systemy. Dziś zamiast odpoczywać i leczyć się, musi udowadniać, że pracował. Jedyną nadzieją dla niego są świadkowie, którzy pracowali z nim w firmie. Bo nawet ZUS, do którego przed laty odprowadzane były składki, udowodnić tego nie może.   

- Ja prawie całe życie pracowałam na pół etatu i mam taką samą emeryturę jak mąż – mówi Maria Rajczyk, żona pana Henryka.

- Nie po to robiłem całe życie, żeby dzieci raz na miesiąc do domu przyjeżdżały i na styropianie spały. Nieraz człowiek już myślał, żeby się to życie skończyło się – podsumowuje pan Henryk.*

* skrót materiału

Reporterka: Żanetta Kołodziejczyk-Tymochowicz

interwencja@polsat.com.pl