„Miasto nas oszukało”

Borysław Iżycki kupił od miasta Wrocław działkę budowlaną za ponad 2 mln zł. Z dokumentów wynikało, że może zbudować na niej dwa domy-bliźniaki mieszczące 16 mieszkań. Miasto pieniądze wzięło, ale na tak dużą inwestycję się już nie zgadza. Najprawdopodobniej na działce za 2 mln zł będzie można zbudować dom dla zaledwie czterech rodzin! Inwestor żąda zwrotu swoich pieniędzy.

37-letni Borysław Iżycki z Wrocławia tuż po studiach wyjechał na blisko 10 lat do Wielkiej Brytanii. Pracował tam jako architekt. W pracy poznał swoją przyszłą żonę i partnerkę biznesową – Kimmi Lee z Hong Kongu. Małżeństwo otworzyło swoje biuro projektowe w Anglii, ale inwestować postanowiło w Polsce. Para przeprowadziła się do Wrocławia.

- Zdecydowaliśmy się wziąć udział w przetargu zorganizowanym przez Urząd Miasta we Wrocławiu, aby kupić kawałek ziemi na aukcji, bo wydaje się to najbezpieczniejszą opcją dla każdego inwestora – opowiada Kimmi Lee, wspólniczka i żona Borysława Iżyckiego.

- Kolejnym argumentem do zakupu tej działki było to, że obowiązywał od 2004 roku nowy plan miejscowy, który bardzo szczegółowo określał możliwość zabudowy tej działki. Tak przygotowani do przetargu, potrafiliśmy bardzo dokładnie wyliczyć, co tam można wybudować, za ile sprzedać, ile maksymalnie można na tę działkę wydać – dodaje Borysław Iżycki, inwestor.

Borysław Iżycki w 2007 roku zapłacił ponad dwa miliony złotych za działkę przy ul. Krzywickiego na wrocławskim Zaciszu. Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego pozwalał na zabudowę wielorodzinną, dlatego inwestor chciał postawić tam dwa domy-bliźniaki mieszczące 16 mieszkań.

- Praktycznie wszystko było pięknie do momentu przelania pieniędzy na konto gminy. Przygotowaliśmy projekt, złożyliśmy do urzędu i zaczęły się schody. W dobrej wierze poprawialiśmy błędy, które nie były błędami. Miasto tych błędów wymyślało coraz więcej, robiło to bardzo enigmatycznie, my nie wiedzieliśmy, co mamy poprawić – mówi Borysław Iżycki.

- Wniosek był mocno błędny, wielokrotnie był składany z błędami. Dopiero po spotkaniu z szefem architektury wnioskodawca te błędy usunął. Wtedy wniosek trafił pod pełne merytoryczne rozpatrzenie – tłumaczy Paweł Czuma, rzecznik Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Urząd Miejski kilka razy odmówił zgody na budowę. Wszystkie decyzje uchylała wyższa instancja czyli wojewoda. 

- Wojewoda orzekł, że powody, które wymienił prezydent, a które przyczyniły się do braku tego pozwolenia, były za mało precyzyjne, w sposób niedostateczny wyjaśniały przyczyny braku tego pozwolenia – informuje Jarosław Perduta, rzecznik Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego.

- Dotarliśmy do miejsca, w którym nie wiemy co robić. Mamy wiele finansowych problemów, wysyłamy pisma, staramy się umówić na spotkanie, ale jesteśmy ignorowani przez lokalne władze – mówi Kimmi Lee, wspólniczka i żona Borysława Iżyckiego.

Władze miasta w końcu wydały zgodę na budowę, ale wojewoda również i tę decyzję musiał uchylić. M.in. urzędnicy mieli obowiązek poinformować sąsiadów o postępowaniu administracyjnym. Informowali również sąsiada, który nie żyje od 9 lat.

- Bardzo długo nie można było ustalić osoby, która miała być prawnym reprezentantem osoby, która jakiś czas temu zmarła, brakowało jednej ze stron w tym postępowaniu – mówi Jarosław Perduta, rzecznik Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego.

Inwestor przez 5 lat bezskutecznie walczy z urzędnikami. Gwoździem do trumny będzie nowy plan zagospodarowania przestrzennego, nad którym obecnie pracuje rada miasta. Dokument pozwala na wybudowanie tylko jednego domu z czterema mieszkaniami.

- Miasto nas oszukało, bo wyłudziło od nas pieniądze, pokazując możliwości zabudowy. Po zainkasowaniu pieniędzy zmieniło zasady gry, obcinając możliwość inwestycji o 75 procent – mówi Borysław Iżycki. 

W obliczu wszystkich problemów małżeństwo jest gotowe zrezygnować z inwestycji. Chce jedynie odzyskać pieniądze i swoje dawne życie. Interes z władzami Wrocławia doprowadził ich na skraj finansowej katastrofy.

- Nie możemy sprzedać działki, bo nasza inwestycja przepadnie, nie możemy nic zbudować. Nic nie możemy zrobić z tą ziemią, musimy tylko płacić za tę ziemię, co miesiąc – mówi Kimmi Lee, wspólniczka i żona Borysława Iżyckiego.

- Gdybym wiedział jak miasto nas potraktuje, to w życiu bym do Polski nie wracał – dodaje Borysław Iżycki.*

* skrót materiału

Reporterka: Agnieszka Zalewska

azalewska@polsat.com.pl