Złamany kręgosłup - winnych brak

Pani Elżbieta Gwazdacz-Magiera w związku z przebytą chorobą onkologiczną musiała przejść zabieg. W trakcie zdejmowania szwów straciła przytomność i upadła. Personel medyczny przeniósł ją na kozetkę. Kiedy odzyskała pełną świadomość, okazało się, że ma złamany kręgosłup w czterech miejscach. Pani Elżbieta skierowała sprawę do sądu, jednak sąd nie zauważył żadnego związku między zdarzeniami.

Elżbiecie Gwazdacz-Magierze w połowie lutego 2008 roku usunięto znamię spod piersi w prywatnej przychodni, w centrum Poznania. Dwa tygodnie później zgłosiła się tam na zdjęcie szwów. Nie podejrzewała żadnych komplikacji, choć zdarzało jej się mdleć na widok krwi. Pani Elżbieta mówi, że uprzedziła o tym pielęgniarkę. 


- Pielęgniarka przystąpiła do zabiegu wyciągania szwów. Zgłaszałam jej, że się źle czuję, że jest mi słabo. Chciałam sprawdzić, czy jest otwarte okno za mną, odchyliłam głowę i to jest ostatni moment, który pamiętam – opowiada Elżbieta Gwazdacz-Magiera.

- To były sekundy. Ja się odwróciłam, żeby sięgnąć po nożyk, bo ja miałam szwy ściągnąć.  Jak odwróciłam się, to ona w tym momencie stoczyła się, spadła – mówi Teresa P., pielęgniarka, która zdejmowała  szwy pani Elżbiecie.

- Zawołała pacjenta z poczekalni i za ręce, i za nogi przenosili mnie do pomieszczenia obok - mówi pani Elżbieta.

Teresa P., pielęgniarka, która zdejmowała szwy pani Elżbiecie mówi, że przyczyną upadku była dla niej jasna. Pacjentka spadła z kozetki, ponieważ dostała ataku padaczki.


- O padaczce przeczytałam pierwszy raz w zeznaniach pielęgniarki. Byłam zszokowana, co to jest za pomysł?  Skąd to się wzięło, nie mam pojęcia. Pamiętam do dzisiaj twarz ratownika, który wioząc mnie do szpitala, mówił: zobaczy pani, wszystko będzie dobrze - mówi pani Elżbieta.


 Dobrze jednak nie było. W szpitalu okazało się, że pani Elżbieta ma połamany kręgosłup. W czterech miejscach.


- Skutki tych zdarzeń są większe, być może właśnie przez to przenoszenie, ale my nie byliśmy w stanie udowodnić, jak to wyglądało – mówi Żanna Dembska, adwokat pani Elżbiety.


- Pracę oczywiście straciła, musiała siedzieć, nie mogła się prawie z nikim spotykać. Tata pracował, a my z babcią siedzieliśmy, opiekowaliśmy się mamą. Musieliśmy myć mamę, trzeba było ją karmić - opowiada Mikołaj Magiera, syn pani Elżbiety.


Po leczeniu i rekonwalescencji od pani Elżbiety odszedł mąż. Teraz sama zajmuje się dwoma synami. 42-letnia Elżbieta Gwazdacz-Magiera wystąpiła do sądu o ponad 100 tysięcy złotych odszkodowania i rentę wyrównawczą w wysokości 5 tysięcy złotych miesięcznie. Sądy orzekły, że odszkodowanie jej się nie należy, bo nie ma bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego między zabiegiem zdejmowania szwów, a upadkiem z łóżka. 

- Istnieje związek przyczynowo - skutkowy, bo gdyby nie ten zabieg i  zdjęcie szwów, to nikt by nie kładł mojej mandantki,  ani sama by się nie kładła w przychodni na lekarskiej kozetce – mówi Żanna Dembska,  adwokat pani Elżbiety.


- Zgodnie z ustaleniami sądu pierwszej instancji i ustaleniami sądu drugiej instancji, upadek  z tego łóżka zabiegowego nastąpił na skutek tego, że ona miała drgawki i utratę przytomności – mówi Elżbieta Fijałkowska, rzecznik prasowy  Sądu Apelacyjnego w Poznaniu.


Prywatna przychodnia, w której pani Elżbieta połamała kręgosłup już nie istnieje. Jej właścicielka, ginekolog, Jolantę E., pracuje obecnie  w innej  prywatnej klinice. Lekarka nie chciała nam powiedzieć oficjalnie, czy czuje się odpowiedzialna za wypadek pani Elżbiety.


- Nie przyszło mi do głowy, że takie zdarzenie w ogóle może mieć miejsce.  Będąc pod czyjąś opieką,  można być narażonym na niebezpieczeństwo - mówi pani Elżbieta.


- Proszę opuścić  gabinet, proszę następną pacjentkę poprosić – mówi Jolanta E., była właścicielka przychodni. *

*skrót materiału

Reporter: Ewa Pocztar –Szczerba

epocztar@polsat.com.pl