Kupili kradzione auto. Winna policja

Na ten moment czekali prawie 4 lata. 19 lutego państwo Piwowarczykowie udowodnili, że za ich kłopoty odpowiada nie kto inny, a policja w Strzelcach Opolskich. Małżeństwo kupiło używane BMW za 120 tys. zł, które okazało się kradzione. Ponieważ przed transakcją samochód sprawdzała policja, Piwowarczykowie zażądali odszkodowania. Sprawa trafiła aż do Sądu Najwyższego.

Kłopoty państwa Piwowarczyków zaczęły się w 2010 roku, kiedy postanowili kupić używane BMW z zagranicy. Ponieważ auto nie należało do tanich –kosztowało 120 000 zł, przed transakcją postanowili sprawdzić, czy samochód nie jest kradziony. Telefonicznie poprosili o to policję.

- Policjant poinformował mnie, że pojazd został sprawdzony po numerach rejestracyjnych i po numerze VIN w strefie Schengen i mogę go śmiało kupować – opowiadał Marek Piwowarczyk, kiedy pierwszy raz opowiadaliśmy tę historię.

- Poczuliśmy się bardzo bezpieczni, bo jednak policja to najważniejszy organ, który ma swoje bazy danych i może sprawdzać wszędzie – mówiła wówczas Sylwia Piwowarczyk, żona pana Marka.

Państwo Piwowarczykowie kupili auto, ale radość z jego posiadania nie trwała długo.
Pół roku później samochód został im odebrany!

- Ustaliliśmy, że samochód pochodzi z kradzieży dokonanej na terenie Niemiec. Oddaliśmy do niemieckiemu ubezpieczycielowi – poinformowała Lilianna Sobańska z Prokuratury Rejonowej w Jaworznie.

Na jaw wyszło, że już 4 miesiące przed zakupem, auto figurowało w bazie Schengen jako kradzione. Jak to się stało, że policja sprawdzając samochód tego nie zauważyła? Okazuje się, że dyżurny strzeleckiej komendy sprawdził auto tylko w... polskiej bazie, a nie w bazie Schengen.

– Jest to sprawa nie tylko przykra dla tego człowieka, za co oczywiście przepraszamy go, ale jest to też sprawa dla nas przykra, bo stawia znak zapytania nad profesjonalizmem tego policjanta - mówi Maciej Milewski, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu.

Państwo Piwowarczykowie zostali bez samochodu, za to z kredytem, który zaciągnęli na jego zakup. Czuli się oszukani. Pozwali więc strzelecką policję o 120 000 zł odszkodowania. Mimo iż policja wzięła na siebie odpowiedzialność, sądy - okręgowy i apelacyjny - odrzucały ich pozwy.

- Sąd uznał, że powodowie nie udowodnili bezprawności działań policji, ani nie wykazali związku przyczynowego miedzy tymi działaniami a szkodą, która powstała – poinformowała nas Ewa Kosowska-Korniak z Sądu Okręgowego w Opolu.

Piwowarczykowie nie poddali się. Złożyli kasację do Sądu Najwyższego. Ten w listopadzie 2013 roku zauważył to, czego nie widziały poprzednie sądy.

- Sąd Najwyższy przyznał w zasadzie rację, że działanie funkcjonariusza, nawet gdyby nie był na służbie, a podjął się czynności sprawdzających, miałoby bezpośredni związek z  wykonywaniem jego obowiązków służbowych. On w tym momencie byłby funkcjonariuszem, a w związku z tym odpowiedzialność ponosi skarb państwa – tłumaczy Marek Piwowarczyk, który kupił kradzione auto.

Ostatecznie sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. Ten nie miał wątpliwości, po czyjej stronie leży racja.

- Kilka dni temu zapadł wyrok, który uwzględnił w całości powództwo powódki. Zasądzono kwotę, która odpowiadała cenie zapłaconej za samochód, który jak wiemy, okazał się kradziony – informuje Małgorzata Lamparska, rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.

- Skarb państwa musi nam zwrócić pieniążki, które zapłaciliśmy za ten samochód plus odsetki i wszystkie poniesione przez nas koszty. Myślę, że w sumie będzie to około 200 000 zł. To już jest szczęśliwy koniec naszej historii – podsumowuje Marek Piwowarczyk.*

* skrót materiału

Reporterka: Irmina Brachacz

ibrachacz@polsat.com.pl