Szok i rozpacz. Sąd odebrał wszystkie dzieci!

Dramat rodziny Chłystków z okolic Gryfina. Sąd odebrał małżeństwu sześcioro dzieci. W dodatku rodzeństwo rozdzielono. Wyrok zapadł zaledwie trzy tygodnie po tym, jak w Odrze utopił się najstarszy, 14-letni syn państwa Chłystków. Zdaniem znajomych oraz nauczycieli rodzina nie jest patologiczna, a dzieci bardzo kochają rodziców.

Elżbieta i Adam Chłystkowie z małej miejscowości Widuchowa nieopodal Gryfina do niedawna wychowywali siedmioro swoich dzieci. Dziś zostali zupełnie sami. Pasmo tragedii zaczęło się 23 maja tego roku. Tego dnia najstarszy syn Chłystków, 14-letni Mateusz, poszedł z kolegami pobawić się nad Odrę. Do domu nigdy już nie wrócił.

- Mateusz utopił się, może go ktoś wepchnął. Nie wiem jeszcze,  sprawa jest w toku – rozpacza Leokadia Kozioł, babcia dzieci.

Nim rodzina doszła do siebie po stracie syna, czekał ich kolejny cios. Otrzymała z sądu wezwanie na sprawę o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad pozostałymi dziećmi. Sprawę wniosła pomoc społeczna. 13 czerwca odbyła się pierwsza rozprawa. Jej wynik był dla Chłystków szokiem – już na pierwszej sprawie odebrano im dzieci.

- Jak ja przyjechałem, to już dzieci nie było, nie mogłem się nawet pożegnać – rozpacza Adam Chłystek, ojciec dzieci.

- Dzieci bardzo to przeżywały, płakały. Zdążyły się ze mną pożegnać. Zabrali je i pojechali opowiada Elżbieta Chłystek, mama dzieci.

- To jest rozwiązanie tymczasowe. Po całym postępowaniu sąd podejmie decyzję, czy ograniczać władzę rodzicielską tym osobom czy nie. Decyzja ma być najbardziej korzystna dla dzieci – mówi  Tomasz Szaj, rzecznik Sądu Okręgowego w Szczecinie.

Czworo starszych dzieci trafiło do domu dziecka, dwoje najmłodszych – w tym sześciomiesięczny Wiktor - do rodziny zastępczej. Dlaczego zabrano dzieci? Oficjalnie sprawy nikt komentować nie chce. Nieoficjalnie zarzuty stawiane rodzicom są bardzo poważne: przemoc, głód, brud, zagrożenie życia.

Rozmowa z pracownikiem socjalnym Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Widuchowej:

Pracownik: Tam była niewydolność wychowawcza przede wszystkim.
Reporterka: Czyli? Rodzice nie potrafili zadbać o dzieci? Dzieci były głodne? Brudne? Co tak naprawdę oni robili źle?
Pracownik: Dochodziło do sytuacji, w której było zagrożone życie dzieci.
Reporterka: Rodzice bardzo to przeżywają. Płaczą, są zdruzgotani tym, że dzieci zostały im odebrane.
Pracownik: Tak. Dla nas też to było zaskoczenie, że na pierwszej sprawie sędzia zabiera dzieci, nikt się tego z nas nie spodziewał.
Reporterka: Pan Chłystek twierdzi, że to było właśnie po tym, jak asystent rodziny zeznawał w sprawie, opowiadał zdaniem pana Adama kłamstwa. ..
Pracownik: To jest zdanie pana Adama.

- W sądzie zrobili ze mnie tyrana, tak jakbym te dzieci bił, tłukł, jeść nie dawał, zamykał ich gdzieś – żali się Adam Chłystek, ojciec dzieci.

- Dzieci że brudne? Jak to na podwórku, dzieci się bawią, to wiadomo. Jeden się szybciej brudzi, drugi mniej. A nie to, że wszystkie brudne chodzą. Już taką patologię robić od razu, to dla mnie coś nie pasuje. Nie ma tej rodzinie ani alkoholu, ani przemocy – mówi Zenon Pięta, mieszkaniec Widuchowej.

- Absolutnie po dzieciach nie było widać, by były nieszczęśliwe, zastraszone. Uczestniczyły we wszystkich imprezach, były radosne. Z resztą potwierdzają to rysunki dzieci, które są kolorowe. Ostatni rysunek Marzenki przedstawia całą rodzinę. Wszyscy są uśmiechnięci i blisko siebie – dodaje Barbara Szczawik, dyrektor Zespołu Szkół w Widuchowej, gdzie uczyły się dzieci.

Warunki mieszkaniowe Chłystków są dramatyczne. Cała rodzina gnieździła się w jednym pokoju. Ale rodzina robi co może, by polepszyć swój byt. Pan Adam własnymi siłami, po pracy, buduje dla dzieci dom.

Nim budowa się skończy, małżeństwo miało lada dzień otrzymać od gminy mieszkanie socjalne. Nie zdążyło w nim razem zamieszkać, bo straciło dzieci. Dziś życie rodziny toczy się między placówkami, w których są dzieci. Rodzice, mimo dzielącej ich odległości około 40 km, starają się odwiedzać maluchy jak najczęściej.

- Dzieci cieszą się, że przyjeżdżamy. Wycałują nas i tylko o jedno się pytają: kiedy wrócą do domu – opowiada Elżbieta Chłystek.

- Słyszałem już nawet propozycję, że aż mi ręce opadły, czy byśmy byli zdecydowani oddać do adopcji dwoje najmłodszych – mówi Adam Chłystek.*

* skrót materiału

Reporterka: Irmina Brachacz-Przesmycka

ibrachacz@polsat.com.pl