Dramatyczna eksmisja. Wynosili protestujących

Dramatyczna eksmisja w Warszawie. Policjanci siłą usuwali protestujących w obronie mieszkania starszej, schorowanej kobiety. Ludzie zagrodzili dostęp do lokalu, bo według nich właścicielka i jej córka padły ofiarami oszusta żerującego na osobach w potrzebie. Mieszkania nie udało się obronić. Jego właścicielka trafiła do szpitala.

Historię pani Beaty Myślińskiej z Warszawy i jej mamy pokazaliśmy 5 miesięcy temu. Jej dramat zaczął się, kiedy wpadła w spiralę długów, z których nie potrafiła wyjść. Banki nie chciały udzielać jej już kolejnych kredytów.

- Moja historia zaczęła się od długów bankowych. Moje dochody były dość wysokie, banki udzielały mi kredytów. Miałam jednak ciężką sytuację osobistą. Nie potrafiłam sobie z nią poradzić, jedynym moim wyjściem było branie kredytów i kupowanie. Tak jak inni piją, ja po prostu kupowałam – opowiadała nam wówczas pani Beata.

Kobieta znalazła w internecie ogłoszenie doradcy finansowego.

- Powiedziałam mamie, że mam ciężką sytuację finansową, że znalazł się pan, który udzieli mi prywatnej pożyczki pod zastaw lokalu . Moja mama się na to zgodziła . Pożyczyłam od niego 150 tys. zł – mówił pani Beata.

- Do mnie dotarło już 9 osób, które zostały poszkodowane przez tego samego lichwiarza, Pawła T. Ma kilku pośredników w firmach doradczych. Tak działa cała rodzina. Jego była żona zajmuje się tego typu działalnością, mieszkania przejmuje jego syn, sprawami tymi również zajmuje się jego córka – opowiada Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, dziennikarka Gazety Wyborczej.

Mechanizm działania Pawła T. jest prosty. Jego znajoma znajduje zdesperowanych klientów potrzebujących natychmiast gotówki i proponuje usługi T. Mężczyzna daje pieniądze, ale w zamian żąda podpisania aktu notarialnego. Jak się okazuje w aktach notarialnych nie ma mowy o żadnych pożyczkach, jest za to sprzedaż mieszkania.

- Umówił nas u notariusz. Akt został podpisany przez mamę, nie dostałyśmy go do ręki, żeby to przeczytać. W momencie podpisywania mama była już po dwóch wylewach, ma niedosłuch prawostronny, więc ona na pewno nie słyszała, co do niej było mówione. Nie padło słowo „sprzedaż”, nic takiego – mówi pani Beata.

- Na temat Pawła T. nigdzie nie można uzyskać informacji, bardzo kryje się ze swoim życiem prywatnym, trudno znaleźć np. jego zdjęcie, dowiedzieć się, co kiedyś robił. Ma firmę, która nazywa się K… i jest wpisana do KRS-u - dodaje Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, dziennikarka Gazety Wyborczej.

Udaliśmy się do siedziby firmy K. Drzwi były zamknięte. Zadzwoniliśmy pod wskazany numer telefonu. Odebrał mężczyzna, który twierdzi, że Paweł T. nie ma z tą firmą nic wspólnego.

Pani Beata, jak i inni poszkodowani w ten sam sposób, złożyła sprawę do prokuratury. Wszystkie sprawy prokuratura umorzyła nie dopatrując się znamion przestępstwa. Poszkodowani złożyli wspólne zawiadomienie do prokuratury, walczą o unieważnienia aktów notarialnych. Niestety, 4 dni temu u matki pani Beaty pojawił się komornik z nakazem eksmisji.

- Ten akt notarialny podpisywała osoba po dwóch wylewach, w podeszłym wieku . I takie ofiary upatruje sobie pan T. Zamknijcie zamki. Siadamy przed drzwiami – organizował protest Piotr Ikonowicz z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej.

Mieszkania przyszli bronić sąsiedzi oraz osoby z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Razem zabarykadowali dostęp do drzwi. Komornikowi pomagał ślusarz i policja. Funkcjonariusze siłą wyciągali z klatki schodowej kolejnych protestujących.

- Wykonuje pan pracę dla lichwiarza i bandyty. Ten bandyta się cieszy, bo policja dla niego pracuje. Jak tej kobiecie się coś stanie, bo ona jest chora, to będzie pan za to odpowiadać karnie – krzyczał do jednego z policjantów Piotr Ikonowicz z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej.

- Sąd oddalił wniosek o zawieszenie egzekucji w tej sprawie. Gdyby sąd wydał postanowienie o zawieszeniu egzekucji, to ja bym się tu nie znalazł. Sąd Okręgowy, a potem Sąd Apelacyjny stwierdziły, że nie ma przeszkód wykonania eksmisji – powiedział Ryszard Moryc, komornik przy Sadzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście

W końcu policja usunęła protestujących, a ślusarz otworzył drzwi mieszkania. W środku była matka pani Beaty. Była w tak złym stanie, że  pogotowie zabrało ją do szpitala. 

- Mam 15 minut, żeby wyprowadzić wszytko z mieszkania, także meble. Nie wiem, jak to zrobię. Wychodzi na to, że sprzedałam mieszkanie z zawartością. Przykro mi bardzo. Na razie zatrzymam się u siostry. Myślałam, że się uda, że sąd coś zrobi, ale jednak nie. Sąd robi, ale dla złodziei – podsumowała zrozpaczona pani Beata.*

* skrót materiału

Reporterka: Małgorzata Frydrych

mfrydrych@polsat.com.pl