Najpierw sprzedał, później zabrał

Stanisław Skrzyp z Lublina czuje się okradziony z działki, którą wraz z żoną zajmował przez 37 lat. Małżeństwo zapłaciło za nią 80 tys. zł. Po latach jeden ze spadkobierców dawnego właściciela uznał, że umowa jest nieważna. Oddał sprawę do sądu i wygrał. Sąd zobowiązał mężczyznę do zwrotu 173 tys. zł. Pan Stanisław pieniędzy nie zobaczył.

- Ten kawałeczek ziemi, te 13 arów to jest dla mnie wszystko – mówi pan Stanisław Skrzyp. Mężczyzna nie potrafi pogodzić się z utratą działki.

Mężczyzna zapłacił za nią 80 tys. zł, przez 37 lat uprawiał na niej owoce i warzywa, a teraz nie może na nią nawet wejść. Od 4 czerwca przez ogrodzenie karmi swojego psa i denerwuje się, że nie ma dostępu do narzędzi i maszyn, na które pracował całe życie.

- Tam jest spawarka, piła spalinowa, trzy kosiarki, trzy opryskiwacze, cały mój skład narzędzi i nie mam do tego dostępu – mówi pan Stanisław.

A to wszystko w majestacie prawa. Syn dawnych właścicieli działki udowodnił przed sądem, że choć pan Stanisław zapłacił za ziemię, to umowa została zawarta w sposób nieważny. W ten sposób działka, nie jest tak naprawdę jego własnością.

- Przeczytaliśmy w gazecie, że jest działka do sprzedania. Tan pan nam obiecał, że załatwi wszystkie formalności. Powiedział nam, że już od 1976 roku możemy pracować na tej ziemi – wspomina pan Stanisław.

- Ta umowa od samego początku był umową nieważną w świetle przepisów prawa. Prawo przewiduje tylko jedną formę przeniesienia własności, formę aktu notarialnego – mówi Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.

W 1981 roku pan Stanisław wraz z żoną - czworgu spadkobiercom zapłacił 80 tys. zł. W umowie sprzedający zagwarantowali, że zrzekają się praw własności i po transakcji dokonają zmian w księdze wieczystej i u notariusza. Tak jednak nie zrobili.

- Opisane były wszystkie warunki: że oni się zrzekają, że możemy budować, możemy grodzić, wszystko jest nasze, i że ziemię notarialnie przepiszą na nas, jak będzie wolny obrót ziemi – wspomina pan Stanisław.

- Ja też kupiłem ziemię na podstawie umowy kupna-sprzedaży. Takie obowiązywały wówczas przepisy. Inaczej tego nie można było załatwić, bo nie można było dzielić gospodarstw rolnych – opowiada  Zbigniew Łukowski, sąsiad pana Stanisława.

- Była to sprzedaż, ale nieformalna. Oczywiście, ci państwo weszli w posiadanie tej nieruchomości, w 1981 roku zapłacili jej równowartość, ale to nie znaczy, że w świetle prawa stali się jej właścicielem – twierdzi Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.

Spadkobierca dawnych właścicieli poszedł do sądu. I w 2001 roku sprawę wygrał. Sąd nakazał panu Stanisławowi oddać działkę wraz budynkiem gospodarczym. Jednocześnie nakazał spadkobiercy zapłacić 173 tys. zł staruszkowi. Pan Stanisław do dziś jednak żadnych pieniędzy nie dostał.

- Ja sobie nie daję rady. Ja się nie pogodzę z tym. Nie może tak być, żeby człowiek człowieka żywcem kładł do grobu. Co ja jestem winien? Ja nie jestem nic winien, chciał pieniądze, zapłaciliśmy – rozpacza pan Stanisław.

To nie koniec kłopotów pana Stanisława. Okazało się, że część działki została sprzedana, a staruszek, nie wiedząc o tym, przebywał tam nielegalnie przez kilka lat. Teraz musi zapłacić nowym właścicielom za bezumowne korzystanie - 215 tysięcy złotych.

- Każą mi płacić, bo  ponieśli szkody, że ich nie wpuszczam na pole. A to było tak sprzedane, że nic nie wiedziałem – mówi pan Stanisław.

Niestety, właściciel nie zgodził się na wypowiedź dla naszej redakcji. W nieoficjalnej rozmowie powiedział, że to on czuje się ofiarą tego konfliktu.

- Ta nieruchomość jest z pokolenia na pokolenie w mojej rodzinie, a on próbuje odebrać mi moją własność – powiedział spadkobierca właścicieli działki.

- To jest oszustwo, oszustwo… nie wiem w jakim stopniu – podsumowuje pan Stanisław.*

* skrót materiału 

Reporterka: Milena Sławińska

mslawinska@polsat.com.pl