Robotnik kontra bogacz

Robotnik z Bydgoszczy od trzech lat nie może wyegzekwować pensji od pracodawcy. Waldemar Kłosowski wygrał sprawę w sądzie. Trafił jednak na nieudolnego komornika, który od dłużnika - właściciela dwóch domów i kilku samochodów - nie jest w stanie ściągnąć 3000 zł należności!

45-letni Waldemar Kłosowski z Bydgoszczy jest ślusarzem. 3 lata temu został zatrudniony przez Mirosława K. - właściciela firmy budowlanej. Miał pomóc w budowie sali gimnastycznej przy szkole w miejscowości Krusin. Mężczyzna miał otrzymywać 9 złotych za godzinę pracy. Przez dziesięć tygodni pracodawca płacił mu jedynie drobne zaliczki. Do czasu...

- Pewnego dnia przyszliśmy do pracy, a budowa była pusta. W nocy pracodawca zabrał wartościowy sprzęt. Później tylko obiecywał, że zapłaci – opowiada pan Waldemar.

Zrozpaczony mężczyzna poinformował bydgoską inspekcję pracy, a także sąd pracy. Sprawa się ciągnęła, bo Mirosław K. zakwestionował podpisy pana Waldemara pod pozwami i zażądał opinii grafologa, a sąd się na to zgodził.

- Biegły z grafometrii stwierdził, że podpisy należą bez wątpienia do powoda – mówi Włodzimierz Hilla, rzecznik Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

- Stwierdziliśmy nieprawidłowości dotyczące bezpieczeństwa pracy, badań lekarskich, szkoleń w zakresie bezpieczeństwa, ocen ryzyka pracy oraz niedociągnięcia w kwestii świadectw pracy. Ponadto brak wypłat i nielegalne zatrudnienia – informuje Emila Pankowska z Państwowej Inspekcji Pracy w Bydgoszczy.

W listopadzie 2012 roku zapadło prawomocne orzeczenie. Bydgoski sąd pracy bez cienia wątpliwości stwierdził, że Mirosław K. powinien zapłacić panu Waldemarowi wraz  odsetkami prawie 3000 zł za wykonaną pracę.

- Sąd nakazał też wystawić świadectwo pracy. Postępowanie toczyło się również w sądzie gospodarczym. W stosunku do pozwanego zapadło orzeczenie zakazujące mu działalności gospodarczej – informuje Włodzimierz Hilla, rzecznik Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

- Zapadł wyrok w sądzie pracy: całkowity zwrot wynagrodzenia i świadectwa pracy. Nic nie dostałem – mówi pan Waldemar.

Mężczyzna jest bezrobotny. Mieszka wraz z żoną i dwojgiem dorastających dzieci w jednym, małym pokoju z kuchnią. Rodzinę utrzymuje żona mężczyzny, która pracuje jako cukiernik. Rodzina ledwo wiążę koniec z końcem, dlatego poprosiła komornika o pomoc w wyegzekwowaniu należnych im pieniędzy.

- Te pieniądze są nam bardzo potrzebne, żeby zapłacić za mieszkanie czy za opał na zimę – mówi Violetta Wronecka, żona pana Waldemara.

- Dla mnie pan Mirosław jest zwykłym oszustem, który wykorzystuje naiwność ludzi zatrudniając ich na swoich budowach. Podejrzewam, że nie jestem jedyną oszukaną osobą – dodaje pan Waldemar.

Mirosław K. posiada dwa domy oraz kilka samochodów. Mimo to, komornik zdołał przez półtora roku wyegzekwować dla pana Waldemara jedynie 800 złotych. Może dlatego, że zamiast zorganizować licytacje ruchomości przedsiębiorcy w dużym mieście, to przeprowadził ją w Szubinie - gdzie mieszka zaledwie 9 tysięcy osób. Udało nam się porozmawiać z komornikiem.

Michał Wiatr, komornik sądowy: Zajęte zostały dwa samochody. Były dwie licytacje, które nie dały wyniku. Nie było chętnych.
Reporter: Mógł pan zasugerować panu Waldemarowi, żeby złożył pismo o przeprowadzenie licytacji w Bydgoszczy lub Toruniu.
Komornik: Pan Waldemar też mógł złożyć taki wniosek u mnie.
Reporter: Ale skąd on miał to wiedzieć?
Komornik: To taki ludzki odruch.
Reporter: Pan ma obowiązek poinformować klienta o takiej sytuacji.
Komornik: Wierzyciel zostanie poinformowany. To wszystko, co mam do powiedzenia.

Pan Waldemar przestał już wierzyć w skuteczność komorniczej egzekucji. Na dodatek część majątku byłego pracodawcy zajął kilka tygodni temu komornik skarbowy.

- Dla mnie jest to człowiek bez serca, który chciał zbić fortunę na ludziach. Nie liczy się z bytem ludzi – podsumowuje Violetta Wronecka, żona pana Waldemara.*

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki

aborzecki@polsat.com.pl