Od milionerów do bezdomnych. Ofiary skarbówki

Urzędnicy skarbowi zniszczyli życie i firmę państwa Botwinów z Wałbrzycha. Przez 5 lat uparcie twierdzili, że małżeństwo nie zapłaciło ponad 1,6 mln zł podatku. Ostatecznie przegrali sprawę w sądzie. Zanim to jednak nastąpiło, urzędnicza machina doprowadziła do tego, że firma Botwinów upadła, a przedsiębiorcy wpadli w kilkunastomilionowe długi. Niedawno syndyk wyrzucił ich z domu.

- Dla każdego kontrolującego, kontrolowany jest złodziejem i pani rolą, jako kontrolowanego jest udowodnić, że pani nie jest złodziejem  - mówi Czesław Botwina, któremu Urząd Kontroli Skarbowej we Wrocławiu zniszczył firmę.

Od 1995 roku Czesław Botwina prowadził w Młynowie na Dolnym Śląsku prężnie działającą firmę produkującą kamienie na drogi i autostrady. Przedsiębiorca był też właścicielem kopalni bazaltu i klubu muzycznego.

- To była taka rodzinna firma, myśmy zatrudniali 20 osób, oni pracowali po 15 lat. Wszystko się zawaliło, bo urzędnik się pomylił – mówi pan Czesław.

Problemy zaczęły się w 2007 roku, kiedy w firmie Czesława Botwiny zaczęła się kontrola z urzędu kontroli skarbowej. Urzędnicy stwierdzili, że Czesław Botwina i jego żona ukryli dochód przed urzędem skarbowym.

- Sprzedawaliśmy kopalnię bazaltu. Najpierw była ustalona kwota 10 mln zł, ale po przeglądzie dokumentacji kupcy stwierdzili, że to nie jest tyle warte i zmniejszyli kwotę do 6 mln zł. Nastąpiła korekta aktu notarialnego, której urząd kontroli skarbowej nie wziął pod uwagę – opowiada Halina Botwina, żona pana Czesława,

- Urząd kontroli skarbowej stwierdził, że ukryliśmy 4 mln zł, od których nie odprowadziliśmy podatku: żona 812 tys. zł i ja 812 tys. zł – dodaje Czesław Botwina.

Urząd kontroli skarbowej natychmiast zablokował konta firmy. Państwo Botwinowie pisali odwołania do izby skarbowej, ale to nic nie dało.

- Do tego czasu firma prosperowała bez długów. Miałem maszyny górnicze w leasingu, które kosztowały 5 mln zł. Musiałem je zdać, a firma leasingowa naliczyła kary umowne - 4 mln zł. Wszystko posypało się jak domek z kart – opowiada pan Czesław.

- Kruk krukowi oka nie wykole. Zawsze nadrzędna instancja przyklepuje decyzje podrzędnej. Dopiero przekreślił to działanie na szkodę państwa i Botwinów Naczelny Sąd Administracyjny – mówi Klemens Kozak, pełnomocnik państwa Botwinów.

- W sądzie w końcu uznali nasze racje, ale na nic się to zdało – dodaje Halina Botwina, żona pana Czesława.

W 2012 roku, kilka miesięcy przed wyrokiem przyznającym rację Botwinom, sąd ogłosił upadłość ich firmy. Syndyk sprzedał firmę pana Czesława oraz jego klub muzyczny w Wałbrzychu. Dwa miesiące temu już po prawomocnym wyroku na korzyść  państwa Botwinów, zajęto ich dom.

- Nie mamy nic. Oni się włamali do nas do domu i zamknęli drzwi.  Wszystkie nasze rzeczy zostały w środku. Teraz tak się tułamy… nie wiem jak to będzie – rozpacza Czesław Botwina.

Dom państwa Botwinów jest wystawiony na licytację za 300 tysięcy złotych, chociaż jak twierdzi pan Czesław, nie było żadnej wyceny. Pani Halina i pan Czesław nie mogą się z tym pogodzić.

- Żona ma 1200 zł emerytury z tego syndyk jej jeszcze zabiera i na rękę zostaje 700 złotych.  Syndyk z naszej upadłości ma 9 tys. zł pensji miesięcznie, a oprócz tego sąd mu przyznał 150 tys. zł zaliczki na wynagrodzenie, plus VAT, to jest prawie 200 tys. zł – mówi Czesław Botwina.

Z powodu błędnych decyzji urzędników pan Czesław ma teraz kilkanaście milionów złotych długów, nie ma firmy i jest bezdomny. Ani urzędnicy Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu, ani z Izby Skarbowej we Wrocławiu nie chcieli się z nami spotkać. Pojechaliśmy do nich z naszą kamerą.

- W tej sprawie obowiązuje mnie tajemnica skarbowa i nic nie mogę powiedzieć – stwierdził pracownik Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu.

- Nam też jest bardzo przykro, rozumiemy tego pana. Jest rzeczywiście w trudnej sytuacji. Nie mogę jednak mówić o szczegółach postępowania – powiedziała urzędniczka z Izby Skarbowej we Wrocławiu.

Pan Czesław złożył pozew o odszkodowanie. Czeka na rozstrzygnięcie. Ma nadzieję, że uda mu się zatrzymać licytację domu.

- Najgorsze jest to, że nic złego nie zrobiliśmy, wszystko nam zabrali i to w imię prawa – podsumowuje Czesław Botwina.*

* skrót materiału

Reporterka: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl