„No money no talk”

Trzy nauczycielki zapłaciły po 1900 zł za studia podyplomowe w Nauczycielskim Kolegium w Białymstoku. Po pierwszym semestrze zostały wyrzucone z uczelni, bo nie zgodziły się zapłacić dodatkowych 1300 zł! Kobiety twierdzą, że zostały oszukane, bo całe studia miały kosztować 1900 zł.

Monika Ustyniuk jest nauczycielką wychowania fizycznego w jednej z białostockich szkół. Żeby móc prowadzić zajęcia z gimnastyki korekcyjnej, w lutym zdecydowała się na studia podyplomowe na tym kierunku w Nauczycielskim Kolegium w Białymstoku.

- Dowiedziałyśmy się, że musimy wpłacić 200 zł wpisowego i 1700 zł opłaty za studia. Nie było możliwości rozłożenia tego na raty. Pytałyśmy o to, ale pani dyrektor powiedziała, że to jest tak atrakcyjna cena, że mamy zapłacić całość – opowiada pani Monika.
Na ofertę kolegium skusiły się też pani Izabela Bartoszuk i pani Ewa Żmiejko. One też zapłaciły po 1900 złotych i rozpoczęły naukę.

- Ja kończyłam tę szkołę dobre kilkanaście lat temu, oprócz tego robiłam w niej kurs instruktora koszykówki i wszystko przebiegało tak, jak powinno – mówi pani Izabela.

W sierpniu po pierwszym semestrze studentki otrzymały maile z informacją, że przed rozpoczęciem drugiego semestru mają uiścić dodatkową opłatę
– po 1300 złotych. Były bardzo zdziwione, bo o żądnych dodatkowych kosztach nie było wcześniej mowy.

- Dowiedziałam się, że jeśli to nie zostanie uregulowane, zostanę skreślona z listy studentów. Dla mnie to był szok, bo nie było mowy o jakiejś większej kwocie. Cena została przedstawiona mi w dziekanacie w rozmowie z panią dyrektor. Koszt studiów miał wynosić 1900 złotych – twierdzi pani Izabela.

- Mamy tylko dowody wpłat, gdzie jest napisane, że jest to opłata za studia podyplomowe. Nie pierwsza czy druga rata, tylko opłata za studia podyplomowe – dodaje pani Monika.

Nauczycielki chciały wyjaśnić sprawę z władzami uczelni. Rozmowa z dyrektorką kolegium była bardzo nieprzyjemna.

- To nie była rozmowa, tylko monolog pani dyrektor. Nie wyjaśniła nam, dlaczego raptownie cena została podwyższona. Jakakolwiek próba zadania pytania kończyła się niemiłym, aroganckim zachowaniem pani dyrektor – twierdzi pani Izabela. Kobiety nagrały rozmowę z dyrektor szkoły dyktafonem. To jej fragmenty:

„Proszę mi nie przerywać, bo ja mam krztusiec, albo niech pani wyjdzie! Kobieto, przymknij się, proszę cię. Daj mi powiedzieć, bo twój dyplom jest w moich rękach! I kultury proszę i szacunku do mnie, ok.?” – mówiła dyrektorka, i dodała: „Ja nie mam z paniami już o czym rozmawiać. Ja powiedziałam jasno i wyraźnie: jest regulamin. No money, no talk!”

Kolejny fragment nagranej rozmowy z dyrektorką:

Dyrektorka: Kobieto, dostałaś tyle dydaktyki, kompromitacje robi pani dla całego środowiska nauczycielskiego. Pani nie dostanie dyplomu, to już ja pani to obiecuję.
Jedna ze studentek: A pani teraz nie robi kompromitacji?
Dyrektorka: Do widzenia, życzę paniom naprawdę przejrzenia trochę, podniesienia świadomości, kultury rozmowy i dialogu.

Studentki nie zapłaciły dodatkowych 1300 złotych i zostały wyrzucone z uczelni. Dyrektorka kolegium zgodziła się na rozmowę, ale potem zabroniła publikowania swoich wypowiedzi.

Dyrektorka: To jest takie koło pomówień, które powinno znaleźć swoje wyjaśnienie prawne, bo ja cały czas powtarzam, to są pomówienia,  to jest przestępstwo z określonego paragrafu.
Reporterka: Pani dyrektor, jaka miała być całościowa opłata za studia?
Dyrektorka: Ja bym w tym momencie już skończyła.
Reporterka: Dlaczego? To jest zasadnicze pytanie 1900 zł czy 1300 zł więcej?
Dyrektorka: To są szczegóły, które mogę dostarczyć w dokumentacji.
Reporterka: Ale cała sprawa się o to rozbija, pani dyrektor.
Dyrektorka: Proszę pani, czy naprawdę nie mamy sedna sprawy ważniejszego, tylko koszty
dla tych pań?
Reporterka: To jest zasadnicza sprawa.
Dyrektorka: Proszę bardzo, semestr kosztuje 1500 złotych u nas. Jest regulamin, każdy student go zna.
Reporterka: To dlaczego student jest z nim zaznajamiany po pół roku?
Dyrektorka: Ja nie będę biegała za każdym studentem.

Wyrzucone z białostockiego kolegium nauczycielki zgłosiły sprawę policji i w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Czekają na efekt.

- Nasz resort sprawuje jedynie nadzór pedagogiczny, więc nie my jesteśmy stroną, która może rozstrzygnąć, czy doszło do naruszeń. Mogę natomiast państwu powiedzieć już teraz, że rozważamy napisanie pisma do urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jest władny do zbadania tej sprawy – powiedziała Joanna Dębek z Ministerstwa Edukacji Narodowej.
- Prowadziliśmy czynności w kierunku oszustwa, całość materiałów została przekazana do prokuratury celem podjęcia dalszych decyzji procesowych – poinformował Kamil Sorko z Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku.*

* skrót materiału

Reporter: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl