Gaz w spółdzielni Spójnia

Ostry konflikt w spółdzielni mieszkaniowej w Luboniu. Lokatorzy postanowili sprawdzić, na co wydawane są ich pieniądze. Weszli do biura spółdzielni i zaczęli przeglądać dokumenty. Prezes spółdzielni ostro protestował. W końcu użył gazu. Wezwano policję i pogotowie. Prezes twierdzi, że czuł się zagrożony.

Część lokatorów Spółdzielni Mieszkaniowej Spójnia w Luboniu koło Poznania od kilku miesięcy zarzuca jej prezesowi - Marcinowi Dz. ukrywanie i fałszowanie dokumentów, niejasną politykę finansową oraz niegospodarność.

- Zrobiono remont dachu, ale nie wymieniono więźby dachowej. I na tym jest nowy dach.  To jest niegospodarność – mówi Marek Baranowski, były członek rady nadzorczej spółdzielni.

- Faktury nie były opisywane. Brak było dowodu, kasa przyjmie, kasa wypłaci. Taki prosty przykład: rękawice kupione za 15 zł, a na odwrocie faktury zapis, że do wypłaty 1500 zł – opowiada Grażyna Baranowska, mieszkanka.

- Przebudowano świetlicę. Zrobiono z niej dwa mniejsze mieszkania. Bez zezwoleń, bez projektu! Wydano na to ponad 100 tys. zł. Teraz nie można ich przekształcić na cele mieszkaniowe, stoją puste – dodaje Arkadiusz Krasucki, mieszkaniec.

16 lutego kilku mieszkańców, w tym członkowie ówczesnej lokatorskiej Rady Nadzorczej, weszli do biura spółdzielni. Zaczęli przeglądać i fotografować dokumenty. Rozwścieczyło to 28-letniego prezesa Marcina Dz., który przez kilka minut chodził po gabinecie z miotaczem gazu w dłoni.

- W październiku zwróciliśmy się na piśmie o udostępnienie nam kilkunastu dokumentów do wglądu. Dotąd nie dostaliśmy odpowiedzi – mówi Marek Baranowski, były członek rady nadzorczej spółdzielni.

- Weszliśmy do spółdzielni, aby przejrzeć dokumenty, bo od października nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Kiedy wzięłam teczkę z napisem „walne zgromadzenie 2015”, pan D. wyrwał mi ją. Wrzucił pomiędzy szafę a kosz. Wyciągnęłam tą teczkę, to naskoczył mi na plecy – opowiada Wanda Kaczmarek, była członkini rady nadzorczej spółdzielni.

Zdeterminowani przeciwnicy prezesa chcieli mieć dowody na liczne, jak twierdzą, nieprawidłowości. Ich zdaniem Marcin Dz. boi się kontroli. Awantura skończyła się użyciem gazu, przyjazdem policji i pogotowia ratunkowego. 

- Dusiłam się po psiknięciu gazem  pana Dz. Byłam poruszona tą sytuacją. Mam problemy z sercem, trafiłam do szpitala – opowiada  Grażyna Baranowska, która walczy z prezesem spółdzielni.

- Wezwano policyjny patrol. Policjanci relacjonowali, że nawet podczas ich obecności wewnątrz biura dochodziło niemal do rękoczynów. Musieli ich powstrzymywać – opowiada  Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.

Postanowiliśmy porozmawiać z prezesem Marcinem Dz. Chcieliśmy poznać jego zdanie na temat konfliktu w spółdzielni.

Prezes: Proszę na piśmie, nie mam zamiaru się wypowiadać  na tematy, na które nie jestem w stanie się w teraz wypowiedzieć.
Reporter: Dlaczego pan użył gazu?
Prezes: To jest stara sprawa, zostałem napadnięty. Sprawa jest w prokuraturze.
Reporter: Miał pan czas, żeby wezwać policję, ochronę.
Prezes: Jako pierwszy wzywałem policję.

- To nie jest prywatne przedsiębiorstwo, prywatna własność pana Dz. To są nasze, spółdzielni  budynki - mówi Marek Baranowski, były członek rady nadzorczej spółdzielni.*

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki

aborzecki@polsat.com.pl