Urząd pracy dla... zamożnych

Bezrobotne małżeństwo z Sosnowca postanowiło wziąć los w swoje ręce i otworzyć warsztat samochodowy. Pan Roman jest bowiem mechanikiem. Mężczyzna złożył wniosek w urzędzie pracy o 22 tys. zł dotacji. Spełnił wszystkie warunki poza jednym. Mężczyzna dostałby pieniądze, gdyby miał… ponad 28 tys. zł na koncie lub dwóch dobrze zarabiających żyrantów. Czy tak ma wyglądać pomoc w wychodzeniu z biedy?

Pan Roman ma 52 lata, pani Beata 51. Mieszkają w Sosnowcu. On - mechanik samochodowy z pasji i wykształcenia, ona - po ogólniaku, wykonywała różne zawody. Mają dwoje dorosłych już dzieci. Nie przypuszczali, że po 50-tce staną się bezużyteczni na rynku pracy.

- Mam przepracowane około 25, 27 lat na warsztatach. I to nie były samochody tylko osobowe, bo i dostawcze, i ciężarowe. Całe życie przerobiłem w warsztatach samochodowych. Większość zamknęła się i musiałem szukać gdzie indziej - opowiada Roman Musiał.

- Zaraz po maturze pracowałam w administracji, potem przeszłam do PZG, do rachuby. Potem byłam na wychowawczym. Jak PZG zlikwidowano, przez dwa lata pracowałam w szkole, jako wychowawca w świetlicy. Pracowałam kilka lat jako księgowa i kadrowa w takiej małej firmie. Niestety, firma po kilku latach padła. Jak wysyłam CV, to podejrzewam, że pierwsze na co patrzą, to data urodzenia i odpadam w przedbiegach – mówi Beata Musiał.

Pani Beata jest bezrobotna od ponad 2 lat. Pan Roman od 5 miesięcy. Jedynym dochodem Musiałów jest 840 zł zasiłku, który otrzymuje pan Roman. W urzędzie pracy dowiedział się, że może starć się o 22 tys. zł dotacji na otwarcie własnego warsztatu samochodowego. W marcu tego roku, wspólnie z żoną napisał biznesplan i złożył wniosek.

- Mam 52 lata i może wcześniej bym się nie zdecydował. Ale technika poszła do przodu , ja się dużo nauczyłem, więc stwierdziłem, że mogę poprowadzić warsztat sam – mówi pan Roman.

- Ja przy okazji też bym miała ziajecie, bo mogłabym mężowi prowadzić książki rozchodowe. Nie musielibyśmy opłacać biura rachunkowego. Pieniądze zostałyby w domu – dodaje pani Beata.

Kiedy już po miesiącu dostali pismo z urzędu pracy, że dotacja została przyznana panu Romanowi, byli przeszczęśliwi. Niestety, ich radość nie trwała długo.

- Mąż dostał dotację jako prawie prymus, bo miał bardzo dużo punktów.  Uświadomiono nas, że musimy mieć żyranta, który  musi zarabiać 1950 zł brutto i do tego jeszcze musi podpisać weksel. A jeśli bez weksla, to musi zarabiać 2150 zł brutto -  mówi Beata Musiał.

- Syn mało zarabia, córka pracuje w Biedronce na trzy czwarte etatu. Pogadałem w końcu z mamą i teściową. Podżyrowały mi. Zaniosłem wnioski, ale odrzucili je, bo te osoby są za stare – mówi Roman Musiał.

- Obowiązują nas przepisy unijne i krajowe. Z ich przestrzegania jesteśmy rozliczani. To nie jest rozdawnictwo. Musimy mieć zabezpieczenie, gwarancję ewentualnego zwrotu - Andrzej Madej, dyrektor Powiatowego Urzędu  Pracy w Sosnowcu.

Pan Roman mógłby dostać dotacje także w przypadku , jeśli miałby zabezpieczenie na koncie bankowym 28 600 tysięcy. Czyli o kilka tysięcy złotych więcej, niż chciał dotacji.

- Jeżeli się zapisuję do jakieś gry i mam obowiązek zapoznania się z regulaminem tej gry, podpisuje, że zapoznałem się z regulaminem tej gry, to nie płaczę na końcu, że nie spełnię warunków, które są zapisane w tych regułach gry – komentuje Andrzej Madej, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Sosnowcu.

W trakcie realizacji reportażu Musiałowie otrzymali pismo z Urzędu Pracy w Sosnowcu. Przeżyli szok.

- Informujemy, że ze względu na brak dostarczenia świadczeń poręczycieli, przyznane środki nie będą udzielone – czyta pismo pan Roman. - Koniec nadziei, koniec wszystkiego. Tylko siąść i płakać – dodaje.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Frydrych

mfrydrych@polsat.com.pl