Szkolne ubezpieczenie - po śmierci bez odszkodowania!

Stracili dziecko, muszą walczyć o odszkodowanie. Córka pani Agnieszki i Mariusza miała 12 lat. Od urodzenia była niepełnosprawna. 8 czerwca dostała ataku padaczki i straciła przytomność. Mimo szybkiej reakcji pogotowia, zmarła. Zuzia objęta była ubezpieczeniem grupowym w szkole. PZU nie widzi jednak powodów, by wypłacić jej rodzicom odszkodowanie. Zapowiada się długa batalia o 10 tys. zł.

Kiedy 12 lat temu 36-letniej pani Agnieszce i panu Mariuszowi z Warszawy urodziła się córka Zuzia, byli przeszczęśliwi. Wiedzieli, że będzie niepełnosprawna, ale ani przez moment ta wiedza ich nie przerażała. Byli pewni, że zrobią wszystko, aby życie Zuzi wyglądało jak jej pełnosprawnych rówieśników.

- Urodziła się z przepukliną oponowo-rdzeniową i wodogłowiem. Poruszała się na wózku inwalidzkim, miała stwierdzoną też padaczkę. Mimo wszystko była wiecznie uśmiechnięta. Co by nie było, to zawsze mówiła: mama, jest dobrze, wszystko jest dobrze – opowiada Agnieszka Krasowska, mama Zuzi.

Był 8 czerwca tego roku. Zuzia, jak co rano, szkolnym transportem pojechała do Zespołu Szkół Specjalnych nr 98 w Warszawie. Była uczennicą szkoły podstawowej. Nic nie zapowiadało tego, co miało stać się dwie godziny później. 

- Około 9 był telefon ze szkoły. Mąż natychmiast ubrał się i pojechał do Zuzi – opowiada pani Agnieszka.

- Zuzia zwymiotowała w tym dniu. Uśmiechnęła się, bo tata ją odebrał i pojechała do domu – mówi Anna Zygan-Kijewicz, dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 98 w Warszawie.

- Położyliśmy ją do łóżka. Zuzia od razu dostała napadu drgawek, padaczki, wiec podałam jej lek, który zawsze stosuję. Zadzwoniłam po pogotowie, przyjechali bardzo szybko, ale córka  była już nieprzytomna – dodaje pani Agnieszka.

W karetce pogotowia Zuzia była cały czas reanimowana. Niestety, wkrótce po dotarciu do szpitala dziewczynka zmarła. W karcie zgonu napisano „śmierć nagła – cechy niewydolności krążeniowo-oddechowej”.

- Zuzia wyglądała jakby spała. Pamiętam, że powiedziałam do niej, żeby się już obudziła – rozpacza pani Agnieszka.

- Muszę się uśmiechać, bo mam jeszcze jedno dziecko, ale wcale mi się nie chce, nie chce mi się wychodzi z łóżka, ubrać, umyć zębów, nic.

Rodzice Zuzi próbują otrząsnąć się po tragedii. W tych trudnych dla nich chwilach zupełnie zapomnieli, że ich córka była ubezpieczona w ramach ubezpieczenia grupowego w szkole. Rodzice zgłosili się do ubezpieczyciela po wypłatę odszkodowania. Myśleli, że to będzie zwykła formalność.

- Myśmy z tą karta zgonu pojechali do PZU . Złożyliśmy zawiadomienie, że dziecko umarło i była cisza. Dziecko było ubezpieczone na 10 tys. zł – mówi pani Agnieszka.

Jakież było zdziwienie rodziców, kiedy w lipcu tego roku dostali odpowiedź z PZU odmawiającą wypłacenia odszkodowania.

- Przyszło pismo, że 5 paragraf umowy nie obejmuje tego, że dziecko umarło. Przedmiotem ubezpieczenia są podobno następstwa nieszczęśliwych wypadków, zawałów serca, krwotoku śródczaszkowego, obrażeń ciała, które zaistniały spowodowane atakiem epilepsji albo omdlenia oraz nieustalone przyczyny polegające na uszkodzeniu ciała, rozstroju zdrowia lub powodujące śmierć – czyta dokument pani Agnieszka.

- Zuzia dostała ataku epileptycznego, potem straciła przytomność, omdlała , a tego rodzaju właśnie zdarzenia są w zakresie ochrony ubezpieczeniowej – mówi Aleksander Daszewski z Biura Rzecznika Ubezpieczonych.

- Tak człowiek jest zostawiony… Płaci, tylko nie wie, co płaci, więc chyba lepiej pójść i wykupić prywatne ubezpieczenie dla dziecka . Tylko nikt nie chce ubezpieczyć tak chorego dziecka – komentuje pani Agnieszka, mama Zuzi.

PZU odmówiło wypowiedzi do kamery. Ograniczyło się tylko do przysłania zdawkowego maila zasłaniając się tajemnicą zawodową. Pani Agnieszka postanowiła, że będzie walczyć dalej z ubezpieczycielem już nie tylko o pieniądze, ale o zasadę.

- Przede wszystkim zapraszam ją do tego, żeby skierowała skargę do rzecznika ubezpieczonych. W jej imieniu będziemy interweniować w zakładzie ubezpieczeń – mówi Aleksander Daszewski z Biura Rzecznika Ubezpieczonych.

- Urzędnikom chciałabym powiedzieć, żeby widzieli ludzi, a nie tylko papierki. Chociaż  nie wiem, czy do nich cokolwiek dotrze – podsumowuje pani Agnieszka.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Frydrych

mfrydrych@polsat.com.pl