Bezdomny zamieszkał w ganku – stracił zasiłek

Stanisław Mazur mieszka w zrujnowanym ganku u obcych ludzi, nie ma nogi i choruje, ale dla urzędników ma za dobrze! Pomoc społeczna zabrała mu 529 zł zasiłku stałego. Uznała, że skoro bezdomnego mężczyznę przygarnęła inna osoba, to razem tworzą… rodzinę. Skrupulatni urzędnicy podliczyli świadczenia domowników i okazało się, że są zbyt wysokie, by pan Stanisław mógł dostawać jakiekolwiek pieniądze.

Narol to miasteczko na Podkarpaciu. Rzucają się w oczy odrestaurowane: ratusz, pałac, kościół czy budynek opieki społecznej. Zaledwie kilkaset metrów od rynku w rozpadającym się budynku mieszka niepełnosprawna 57-letnia pani Krystyna Osak z dwoma synami. Jeden z nich nie chodzi.

- Nie mamy nawet łazienki. Toaletę mamy na polu, a syn załatwia się do wiaderka w domu. Tam jest takie krzesełko i dziura – opowiada Krystyna Osak.

Rok temu pani Krystyna spotkała w ośrodku opiekuńczo-leczniczym bezdomnego pana Stanisława. Mężczyzna ma amputowaną nogę. Kobieta zaproponowała mu, żeby przeprowadził się do jej domu. Pan Stanisław zamieszkał na ganku, gdzie nawet nie ma podłogi. Kiedy się o tym dowiedzieli pracownicy pomocy społecznej, odebrali mu jedyne pieniądze - zasiłek w kwocie 529 zł. Dlaczego? Bo uznali go za członka rodziny.

- Pomaga mi we wszystkim  w domu, na podwórku i przy niepełnosprawnym dziecku. Goli je, pomaga kąpać. W zamian pozwalam mu mieszkać – mówi pani Krystyna.

- To jest obcy człowiek. Pani Krystyna się nad nimi zlitowała. Oni mają starą chałupkę, warunki jak w XIX wieku. A opieka uważa, że jest im za dobrze – komentuje Janina Kołpak, która pomaga pani Krystynie i panu Stanisławowi.

Jak twierdzi 61-letni pan Stanisław, urzędnicy tłumaczyli mu, że w gospodarstwie, w którym mieszka jest za duży dochód na osobę, aby otrzymywał zasiłek. Pani Krystyna ma 450 złotych renty, a jej dwóch synów dostaje po około 700 złotych. Problem w tym, że niepełnosprawny mężczyzna jest dla nich zupełnie obcą osobą.

- Usłyszałem, że przekraczam limit i zasiłku nie dostanę. Chyba, że jakiegoś domu poszukam.  Musiałbym się wyprowadzić. Co ich limit obchodzi, jak ja obca osoba – dziwi się pan Stanisław.

- Tym ludziom trzeba pomóc. Nie wiem dlaczego opieka społeczna w Narolu patrzy na to inaczej. Uważa, że ci ludzie powinni dać sobie radę sami. Ja uważam, że nie, bo tam są wszyscy chorzy – dodaje Janina Kołpak, która pomaga pani Krystynie i panu Stanisławowi.

- Ustawa o pomocy społecznej mówi, że rodzinę tworzą wszystkie osoby spokrewnione i niespokrewnione wspólnie zamieszkujące i gospodarujące. My musimy przestrzegać prawa – informuje Monika Rybka, kierowniczka Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Narolu.

Urzędnicy nie chcieli rozmawiać o szczegółach swojej decyzji zasłaniając się przepisami. Jednak pracownicy socjalni często odwiedzają panią Krystynę i pana Stanisława. Gdyby więc tylko chcieli otrzymać zgodę na wypowiedź - uzyskaliby ją bez problemu.

- Nie możemy udzielać informacji na temat osób, które korzystają z pomocy społecznej, bo obowiązuje nas ustawa o ochronie danych osobowych – twierdzi Monika Rybka, kierowniczka Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Narolu.
Reporter: Nie ma pani wyrzutów sumienia, idąc tam na miejsce i widząc, jak ten człowiek egzystuje?
Kierowniczka: Powtarzam, że nie jestem wstanie udzielić informacji na temat pana, o którego pan pyta.

- Przygarnięto osobę niepełnosprawną, bezdomną. Należy przyklasnąć takim sytuacją. Ciągle słyszymy o znieczulicy, a tu mamy piękny uczynek, który powinien być wzorcem – zauważa Krzysztof Prendecki, socjolog z Politechniki Rzeszowskiej.

Kiedy zainteresowaliśmy się sprawą, pracownicy socjalni wpadli na nonsensowny pomysł. Wymyślili, że jeżeli pan Stanisław zrobi sobie osobne wejście i okno do domu pani Krystyny, to wówczas uznają, że jest osobą obcą i przyznają mu zasiłek.

- Jeżeli pracownik socjalnych, idąc w teren, stwierdzi, że osoba prowadzi odrębne gospodarstwo, to wtedy będzie potraktowany jak osoba samotna – mówi Monika Rybka, kierowniczka Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Narolu.
Reporter: Nakazywanie komuś wybicia osobnego wejścia, żeby stwierdzić, że żyje osobno, to absurd.
Kierowniczka: Nie mogę rozmawiać na temat konkretnych rodzin.

- Ta osoba, gdyby nie była karmiona, mieszkałaby na zewnątrz, to wszystko byłoby okay. Ale ponieważ ma kawałek kąta i ktoś ją dokarmia, to tą osobę karze się. Ciężko to komentować, bo zdrowy rozsądek jest obrażany – mówi Krzysztof Prendecki, socjolog z Politechniki Rzeszowskiej.

- W tej chwili jest nam ciężko, ponieważ muszę utrzymywać pana Stanisława ze swojej i syna renty. Ledwo wiążemy koniec z końcem - mówi Krystyna Osak, która  przygarnęła pana Stanisława.*

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki

aborzecki@polsat.com.pl