Sparaliżowany i bez pieniędzy. Były pracodawca oficjalnie… nie ma majątku

Pracodawca wysłał Andrzeja Mirkiewicza z Sokołowa Podlaskiego do pracy na dachu bez sprzętu zabezpieczającego. Murarz spadł i został sparaliżowany od pasa w dół. Dla sądu sprawa była jasna: właściciel firmy ma zapłacić pracownikowi ponad 300 tys. zł zadośćuczynienia i odszkodowania. Płacił przez trzy lata co pół roku. Później przepisał majątek i firmę na rodzinę.

Życie rodziny Mirkiewiczów 10 lat temu zmieniło się diametralnie. Pan Andrzej miał wtedy 41 lat, był murarzem. Jak co dzień poszedł do pracy na budowę. Miał dokończyć stawianie kominów na dachu budynku szkoły.


- Całą noc padało, powiedziałam mężowi, że belki będą mokre i spadnie – wspomina Ewa Mirkiewicz, żona pana Andrzeja.


- Miałem komin dokończyć. Tam był przewód do ciecia szlifierką klinkieru. Przewód się zaczepił, go pociągnąłem do siebie i mi się poślizgnęła noga. Tak spadłem z dachu – opowiada Andrzej Mirkiewicz.


Lekarze robili co mogli. Niestety po operacji diagnoza zabrzmiała jak wyrok dla pana Andrzeja - paraliż.  Plany rodzinne, a przede wszystkim rozpoczęta budowa domu, wszystko stanęło w miejscu.


- Lekarz mówi, że od połowy jestem sparaliżowany. Wszystko zrobił, co jest możliwe, ale został mi wózek. Chciałem zarobić pieniądze, zrobić dzieciom poddasze , żeby miały tam swoje mieszkanka. Zamiast dzieciom pomóc, teraz dzieci muszą pomóc mnie – mówi były murarz.


Sprawa trafiła do wokandę. Sąd w 2010 roku jednoznacznie wskazał, że winę za wypadek pana Andrzeja ponosi pracodawca, który złamał przepisy BHP i nie zapewnił pracownikowi sprzętu zabezpieczającego. Zasądził też zadośćuczynienie na rzecz poszkodowanego.


- Powinny być szelki, kaski bezpieczeństwa, a tam nic nie było – mówi pan Andrzej.


Reporter: Dlaczego się pan zgodził wejść bez tych szelek i kasku?


Pan Andrzej: U mojego szefa nie ma takich rzeczy niemożliwych. To wszystko jest do wykonania.


- Sąd zasadził od pracodawcy na rzecz powoda 200 tys. zł zadośćuczynienia, odszkodowanie w kwocie 108 tys. zł i 288 zł renty wyrównawczej – informuje Grażyna Orzechowska, rzecznik Sądu Okręgowego w Siedlcach.

 

Strony uzgodniły, że pracodawca co pół roku wypłacać będzie panu Andrzejowi 20 tys. zł. 


- Wypłacił mi w 2010 roku, w 2011 i 2012, a w 2013 fajrant – mówi były murarz.

 

Adwokat Mirkiewiczów twierdzi, że były pracodawca próbował uniknąć wykonania wyroku.


- Miał ulubionego notariusza, u którego wszystkie czynności dokonywał związane ze zbyciem majątku. Oczywiście dokonał umownego podziału majątku z małżonką, zniósł przede wszystkim wspólność majątkową, przekazał część majątku na córkę i część majątku na syna – mówi adwokat Marek Dargas.

 

Rozmowa z Andrzejem Wrzoskiem, byłym pracodawcą:


Reporter: Może pan uczciwie powiedzieć, z ręką na sercu,  że nigdy pan nie uciekał przed spłatą?
Andrzej Wrzosek: Nigdy.


- I nigdy pan nie przepisywał niczego?


- Działkę dałem córce w 2012 roku.


- Wypadek był w 2006 roku.


- To nic.

 

Mirkiewiczowie oddali sprawę do komornika. Egzekucja komornicza okazała się bezskuteczna, bo pracodawca nie wykazuje dochodów. Teraz grozi mu licytacja jego domu.


- Nie mam dochodu, bo syn mi płaci, mam tylko najniższą krajową – mówi Andrzej Wrzosek.


- Szef firmy jest ten sam, nie zmienił się, tylko wszystko na syna stoi. Wiem, bo mam dużo kolegów – twierdzi poszkodowany Andrzej Mirkiewicz. Mężczyzna twierdzi, że były pracodawca jest mu jeszcze winien prawie 300 tys. zł.*

 

* skrót materiału

 

Reporter: Małgorzata Frydrych

 

mfrydrych@polsat.com.pl