Zamiast lawety, puste konto

Dawid Zaborowski spod Włocławka miał spełnić swoje marzenie o pierwszej własnej działalności gospodarczej. Tymczasem stracił 34 000 zł. Tyle zapłacił Sebastianowi K. za lawetę, która, jak się później okazało, należała do kogoś zupełnie innego.

Dawid Zaborowski ma 24 lata. Kilka miesięcy postanowił wraz z bratem założyć pierwszą własną firmę.

- Pomysłem na nasz biznes było to, że będziemy kupować stare maszyny, remontować i dalej sprzedawać. Do prowadzenia tej działalności potrzebna była nam laweta – opowiada.

Mężczyzna dostał na ten cel 20 000 zł dofinansowania z urzędu pracy. Szukając  lawety samochodowej, trafił w internecie na ogłoszenie Sebastiana K. Transakcja nie budziła wątpliwości. Do czasu.

- Dostałem od niego książkę serwisową, napraw, fakturę za przebudowę pojazdu. Ogólnie, plik dokumentów, które dostaje się razem z samochodem, w oryginalnym opakowaniu – mówi Dawid Zaborowski. Wątpliwości pojawiły się, gdy zobaczył dowód rejestracyjny auta.

- Nie był w nim wpisany Sebastian K., lecz Jarosław B. Spytałem, dlaczego? K. odpowiedział, że jest to jego wspólnik, który o całej transakcji wie – mówi pan Dawid.

Mężczyźni podpisali umowę kupna-sprzedaży. Dawid Zaborowski zapłacił za lawetę 34 000 zł. Faktura za zakup miała być dosłana później, pocztą. Ale dokumentu nie było. Za to Sebastian K. zaczął prosić o… odesłanie podpisanej umowy. Dlatego pan Dawid zaczął nagrywać rozmowy. To fragment jednej z nich:

Sebastian K.: Cześć, słuchaj, mam prośbę do Ciebie. Nie wiem, czy już dostałeś te kwity, czy nie dostałeś?  Weź mi nie zapomnij wysłać tej umowy, żeby ci się nie zawieruszyła.
Pan Dawid: Miała przyjść mi ta faktura, ale do tej pory jej nie dostałem. Zaczynam się obawiać, bo mi zaraz kasa przepadnie, ta unijna.
Sebastian K.: Nic ci nie przepadnie, wysłane masz, nie ma żadnej lipy. Nie musisz się stresować.

- Najważniejszą rzeczą dla K. było odzyskać tę umowę kupna sprzedaży, oryginalną, którą podpisał przy wszystkich, bo ona była jakimś dowodem, że cokolwiek sprzedał. Na tym to polega. Tak to by umył ręce, bo nigdzie nie figuruje, jako sprzedający – komentuje Zbigniew Zaborowski, ojciec pana Dawida.

- Po dwóch dniach od tej nagranej rozmowy otrzymałem przesyłkę, w której była zawarta zarówno faktura, jak i karta pojazdu. Cały czas uważałem jednak, że sprawa jest podejrzana, więc zadzwoniłem do Jarosława B., żeby spytać, czy taką fakturę wystawił – mówi Dawid Zaborowski. Tę rozmowę również nagrał:

- A skąd, absolutnie nie wystawiałem faktury. Gość mnie oszukał. Mam z nim umowę na wynajem samochodu, a nie na sprzedaż. To wszystko się oprze o policję w takim razie, bo gość dobrze kręci – powiedział Jarosław B., właściciel lawety.

Pan Dawid zgłosił sprawę policji. Kilka dni temu wraz z mężczyzną i jego ojcem pojechaliśmy do Szczytna. Postanowiliśmy sprawdzić, w jaki sposób Sebastian K. sprzedaje kolejną lawetę. Podaliśmy się za potencjalnych klientów. Gdy zapytaliśmy o dowód rejestracyjny pojazdu, stwierdził, że nie ma go przy sobie. Dopytywany, przyznał, że wpisany w nim jest… jego kuzyn. Następnie ujawniliśmy się. K. nie chciał rozmawiać na temat pana Dawida.

- Nie muszę się tłumaczyć, naprawdę . Nie oszukałem go. Taka jest siła rzeczy, sprzedaje się samochody, kupuje – stwierdził.
Z Jarosławem B., mimo starań, nie udało nam się porozmawiać. 

Pan Dawid z lawety korzystać nie może, bo zabezpieczyła je policja. By nie stracić dotacji, musiał zadłużyć się i kupić kolejne auto.*

* skrót materiału

Reporter: Irmina Brachacz-Przesmycka

ibrachacz@polsat.com.pl