Bez skrupułów. Oszukał i zmusił niepełnosprawną do żebrania

Był zabawny, bezwarunkowo pomocny i życzliwy. Miesiącami pracował na to, by zdobyć zaufanie niepełnosprawnej pani Agnieszki i jej partnera Rafała. Gdy osiągnął cel i stał się przyjacielem domu, przedstawił „okazje” do łatwego zarobku i namówił parę do zaciągnięcia wielu tzw. chwilówek. Pieniędzy nie oddał. Zamiast tego wymyślił, by pani Agnieszka żebrała na wózku. Mowa o oszuście o imieniu Jacek.

Swoją dramatyczną historię pani Agnieszka i pan Rafał z Poznania zdecydowali się opowiedzieć, aby ostrzec innych. Poznali się 3 lata temu u swoich wspólnych znajomych. Dla niego to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ona miała obawy.

- Myślałam, że nie podoła temu, by być z osobą niepełnosprawną. Cierpię na Artrogrypozę. To wada wrodzona. Polega na zesztywnieniu stawów, na nieprawidłowym rozwinięciu się stawów, mięśni lub też brak mięsni. Upośledzony jest cały narząd ruchu. Zdawałam sobie sprawę, że wymaga to od drugiej osoby dużo poświęcenia i cierpliwości. Nie byłam na początku pewna, czy da sobie z tym wszystkim radę – mówi pani Agnieszka.

- Zdawałem sobie sprawę z jej niepełnosprawności, ale byłem już w niej zakochany, więc  nie przeszkadzało mi to – opowiada pan Rafał. 

Owocem miłości jest ich półroczna córka. To ona daje parze najwięcej radości. - Zwłaszcza, że jest zdrowa - mówi pani Agnieszka.

Pozornie wydawałoby się, że nic nie jest w stanie zmącić szczęścia tej rodziny. Żeby zrozumieć dramat, z jakim musi zmagać się w tej chwili, trzeba cofnąć się o ponad półtora roku. Wtedy to w życiu pary pojawił się znajomy - pan Jacek. Zaczęło się zupełnie niewinnie.

- Jacek zawsze był obecny w pobliżu. Był znany z tego, że ma świetne poczucie humoru, swoją postawą, tężyzną fizyczną budzi ogromny respekt. Przyjeżdżał na kawę, herbatę , podrzucał jakieś ciasteczka do herbaty. Rozmawialiśmy wiele godzin, o wszystkim – wspomina pani Agnieszka.

Mężczyzna był coraz częstszym gościem w domu rodziny. Miał samochód, więc służył pomocą w załatwieniu pilnych spraw. 

- Później Jacek poprosili mnie o przysługę, o 1000 zł pożyczki. Żeby być bardziej wiarygodnym, mówił, że możemy spisać umowę. Tak też zrobiliśmy – opowiada pani Agnieszka.

Zgodnie z umową mężczyzna miał miesiąc na zwrócenie pieniędzy.

- Nie oddał. Argumentem było na przykład to, że coś mu się przesunęło, ktoś mu nie zapłacił, nie dostał wypłaty. Starał się to nadrobić w inny sposób. Był zawsze do dyspozycji, mówił, że  jakby coś się działo, to mam dzwonić – opowiada pani Agnieszka.

Ta sytuacja nie wzbudziła jeszcze żadnych podejrzeń u rodziny. Pan Rafał pracował, a pani Agnieszka cieszyła się, że pan Jacek podwozi ją do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, gdzie odbywała staż, gdyż z wykształcenia kobieta jest socjologiem. Mężczyzna budował coraz większe zaufanie. Wiedział też, że pani Agnieszka ma dożywotnio ponad 1700 złotych renty po zmarłym ojcu.

- Jacek prosił nas o pożyczki, o kredyty. Miałam zdolność (kredytową), dlatego byłam to głównie ja.  Pierwsza była chwilówka, chyba 1200 zł. On opowiadał na przykład, że ma super auto do kupienia, bo utrzymywał, że zajmuje się skupem aut. I ktoś chce za tanie pieniądze je sprzedać, a jemu brakuje jakiejś konkretnie kwoty. Twierdził, że ma już chętnego na kupno – mówi pani Agnieszka.
Reporter: Jak żeście się umawiali, kto będzie spłacał?
Pani Agnieszka: Na początku było tak, że on weźmie te pieniądze w całości, kupi, co miał kupić i zwróci się z tego. Potem okazało się, że auto trzeba było wyremontować jeszcze, więc dodatkowe koszty przyszły.
Reporter: Jak się okazało, że auto wymaga jeszcze remontu, to mówił, że musi pani wziąć drugą chwilówkę?
Pani Agnieszka: Tak. Szybko to zorganizowaliśmy, był bardzo wiarygodny, bo nawet przy nas rozmawiał z rzekomym klientem. Samochód też widziałam. Zapewniał, że będzie spłacać z tego wszystkiego, co miał zyskać po sprzedaży.

Kobieta opowiada, że „pomysłów Jacka na zarobienie pieniędzy było mnóstwo”, a ona co chwilę brała jakieś pożyczki.

- Miałam za zadanie wziąć jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Wszytko działo się bardzo szybko, w ciągu jednego, góra półtora miesiąca.  Jacek kazał nam to w bardzo krótkim okresie brać, mówiąc, że BIK (Biuro Informacji Kredytowej – red.) się wtedy nie zaktualizuje jeszcze – wspomina.

W sumie, zdaniem niepełnosprawnej kobiety, pożyczyła około 80 tys. zł. Pan Rafał około 20 tys. zł. Na tym się nie skończyło. Kiedy pan Rafał stracił pracę i sytuacja rodziny drastycznie się pogorszyła, pan Jacek zaproponował, że im pomoże. Jego pomysł był szokujący.

- Nie byliśmy w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb bazując tylko na mojej rencie. Jacek zaproponował, że będę siedziała na wózku przed sklepem ze skarbonką i będę zbierała pieniądze – mówi pani Agnieszka.

W ciągu dnia udawało jej się zebrać od kilkuset do nawet 1000 zł. Jak mówi, połowę oddawała panu Jackowi. - Argumentował to tym , że musi mnie dowieźć, przywieźć, że ktoś musi mnie pilnować. Musiałam się na to zgodzić – twierdzi.

Pani Agnieszka żebrała ponad 2 miesiące. Kategorycznie powiedziała stop, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Wtedy pan Jacek zniknął. Sama próbowała znaleźć w internecie jakiekolwiek wskazówki, gdzie może go znaleźć. Poszliśmy tym śladem.

- Jedyne co posiadamy, to wizytówkę, którą każdemu rozdawał (wizytówka instruktora sportów walki, za którego się również podawał – red.). Widnieje na niej jego adres i telefon – mówi pani Agnieszka.

Pod wskazanym adresem mężczyzny nie widziano od około roku. A telefonu nikt nie odbiera.

- Dał bardzo jasno do zrozumienia, że mamy dać mu spokój, bo wie, gdzie mieszkamy i mamy uważać po prostu – mówi pani Agnieszka.

Zostali sami z ogromnymi długami, zasypani kolejnymi pismami od firm windykacyjnych . Komornik zajął też jedną czwartą renty pani Agnieszki . Teraz zmuszeni są sami prosić o pomoc.

- Sytuacja jest skomplikowana finansowo. Wiem, że są zajęcia komornicze, ale w pomocy społecznej nie odlicza się ich od dochodu. To komplikuje sytuacje. Ponieważ państwa sytuacja jest naprawdę nietuzinkowa, możemy przyznać pomoc na żywność , a także środki czystości, pieluszki dla dziecka – powiedziała Lidia Leońska z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu.

Rodzina ma około 200 – 300 tys. zł długu. Zgłosiła sprawę policji i w prokuraturze. Ta jednak umorzyła śledztwo z powodu braku dowodów.

- W prokuraturze poinformowano nas, że gdybyśmy znaleźli więcej takich osób, to być może sprawa by się ruszyła. I naprawdę liczymy na to, że ktoś się zgłosi, kto również został w tak perfidny sposób, tak niegodny, wykorzystany przez tego człowieka – podsumowała pani Agnieszka.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Frydrych

mfrydrych@polsat.com.pl