Pusty portfel po „bezpłatnych” badaniach lekarskich

Emerytka z Warszawy wzięła udział w bezpłatnych badaniach lekarskich prywatnej firmy, podczas których „szczęśliwie” wygrała rehabilitację i dofinansowanie do leczenia. Kosztowało ją to wszystkie pieniądze, jakie miała - 1300 zł. Kobieta poszła po brakującą kwotę do banku, ale ten odmówił jej kredytu. I całe szczęście, bo dzień później pani Anna rozmyśliła się i rozpoczęła wyczerpującą walkę o zwrot pieniędzy.

60-letnia, schorowana Anna Sentowska mieszka z córką. Nie przypuszczała, że odbierając telefon na początku października tego roku przeżyje tyle nerwów i stresu. - Zaproponowali mi badania bezpłatne. Mówię: dobrze, pójdę – opowiada.
Jej córka, Renata  Kulesza, twierdzi, że zanim zapisała matkę ma badania, dwa razy upewniała się telefonicznie, że badanie jest bezpłatne.

- Mama jest po dwóch mastektomiach, oprócz tego miała guzy na tarczycy. Ma problemy z kręgosłupem, ciągły reumatyzm. Naprawdę jest schorowana – mówi pani Renata.

Pani Anna spotkała na badaniach około 30 osób, wszystkie w wieku ponad 50 lat.

- Było 4 czy 5 lekarzy robiących badania na gęstości kości. Podszedł do mnie doktor prowadzący całe spotkanie  i powiedział, że zostałam wytypowana, dostanę dofinansowanie do leczenia i rehabilitację – opowiada schorowana kobieta.

Dla pani Anny informacja, że wygrała rehabilitację i dofinansowanie do leczenia była jak gwiazdka z nieba. Utrzymuje się z niewielkiej emerytury i nigdy nie było jej stać na płacenie za prywatne leczenie. 

- Pan doktor  mnie zapytał, czy mam decyzję (tzw. odcinek) emerytury. Pod dom mnie podwiózł, żebym ją zabrała z domu. Gdy wróciliśmy, przedstawił mi panię Olę, która miała załatwić resztę. Wtedy dowiedziałam się, że pakiet medyczny kosztuje 4800 zł. Nie miałam takich pieniędzy. Ona powiedziała, że aby go dostać, muszę wpłacić jakakolwiek pieniądze. Przyznałam jej, że mam w domu 1300 zł. Przyjechałyśmy autobusem i wzięłam te pieniądze – wspomina pani Anna.

- Pani Ola stwierdziła, żeby się nie martwić, że skoro mama ma decyzję o emeryturze przy sobie, to obok jest bank i chętnie z mamą pójdzie i postarają się załatwić kredyt – dodaje pani Renata.

Pani Anna kredytu w banku na szczęście nie dostała, bo nie miała zdolności kredytowej. Niestety wpłaciła 1300 zł i podpisała umowę na pakiet medyczny. Koszt: 4800 zł. Dla emerytki to ogromna kwota.

- Jak przyjechałam do domu po tym całym dniu tej nerwówki, tego latania, dopiero się zastanowiłam, co zrobiłam i że nie jestem w stanie więcej pieniędzy im zapłacić. Jedynym wyjściem było zrezygnować z leczenia i odebrać pieniądze. Następnego dnia pojechałam i złożyłam rezygnację. Pan doktor podpisał się pod tą rezygnacją – mówi.

10 października kobieta miała otrzymać zwrot pieniędzy. Niestety pieniądze cały czas nie wpływały na jej konto. Dwukrotnie była w firmie pytać, dlaczego tak się dzieje. Złożyła pismo z ostatecznym wezwaniem do zapłaty. Kiedy poszła po raz kolejny do firmy, przeżyła koszmar.

- Pan z rejestracji natychmiast się poderwał , złapał mnie za ramie i zaprosił do gabinetu. Krzyczał na mnie, straszył mnie więzieniem, policją, ochroną.  Powiedziałam tylko, że nie chcę się u nich leczyć i mają mi oddać pieniądze – relacjonuje emerytka.

Po tym wydarzeniu bezradna i przerażona zdecydowała się sprawę nagłośnić. Kiedy bezskutecznie próbowała się dodzwonić do firmy i umówić na kolejne spotkanie, poszliśmy z nią do firmy z ukrytą kamerą.

Pracownik: Przelewu pani nie dostała?
Pani Anna: Oczywiście. Minęły dwa miesiące. Rozmawiałam z panem doktorem, który prowadził tę prelekcję.
Reporter: A czy to są na pewno lekarze?
Pracownik: Tam  nikt nie mówi, że jest lekarzem, my wysyłamy do lekarzy. Jeżeli jest podpis, że będzie zrobiony przelew, to trzeba było jeszcze raz przyjść.
Reporter: Ta pani była, tylko problem polega na tym, że wyznaczacie kolejne terminy do zwrotu.
Mężczyzna: Nie.
Reporter: Jak nie? Ma na piśmie.

Pani Annie i tym razem nie udało się odzyskać pieniędzy. Jeszcze raz udaliśmy się siedziby firmy:

Reporter: Dzień dobry, Małgorzata Frydrych, Telewizja Polsat. I teraz pewnie pan też się  musi przedstawić, jaką funkcję pełni.
Pracownik: Jestem osobą, która zajmuje się rozwiązywaniem problemów.
Reporter: To rozumiem, że pan się wypowie oficjalnie do kamery.
Pracownik: Czy moglibyśmy się umówić na jakieś spotkanie?  Powiem dlaczego: jakby się nie przygotowałem do wywiadu.
Reporter: A co tu przygotowywać?
Pracownik: Wolałbym, żeby to wypowiedziała się osoba, która kieruje kliniką.

Mężczyzna, który z nami rozmawiał zakazał upublicznienia swojego wizerunku. Termin spotkania wyznaczono nam z kilka dni.  Okazało się, że pani Anna nie jest jedyna osobą, która czuje się poszkodowana przez tę firmę. Sprawą zajmuje się już policja i Federacja Konsumentów

- Głównie przychodzą do nas seniorzy ze skargą, że są zapraszani na bezpłatne badania . To jest kolejna nieuczciwa praktyka rynkowa. Sam ten pewnego rodzaju  przymus, kiedy pracownik idzie z konsumentem do banku, pomaga mu zawrzeć umowę o kredyt, albo idzie z nim do domu, dopilnowuje żeby te pieniądze zostały rzeczywiście wpłacone, budzi wątpliwości przynajmniej etyczne – twierdzi Michał Herde z Federacji Konsumentów w Warszawie.

- Policjanci podjęli już decyzje o połączeniu w jednym dochodzeniu kilku zawiadomień, ponieważ poza sprawą, o której teraz mówimy, mamy jeszcze 4 bardzo podobne postępowania – informuje Mariusz Mrozek, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.
Kiedy szliśmy na umówione, oficjalne spotkanie do firmy, okazało się, że pieniądze już zostały zwrócone pani Annie.

- Akurat przypadek tej pani polegał na tym, że przy reklamacji złożyła pismo, w którym nie było kompletnego rachunku bankowego – mówi Michał Dziedzic, adwokat firmy.

Reporter: Proszę zobaczyć, w ostatecznym wezwanie do zapłaty jest pełny numer konta, więc nie zgadza się to w ogóle z tym, co pan mówi. Widzi pan po raz pierwszy to pismo?
- To pierwszy raz akurat.
- To ciekawe.
- Różnego rodzaju korespondencja wpływa do spółki i ta akurat została zadekretowana  przez osobę, która jest w innym lokalu.
- Nie, no, panie mecenasie, to pan reprezentuje tylko jeden lokal tej firmy?
- Całą firmę reprezentuję.
- Właśnie, to co, nie macie przepływu informacji wewnątrz firmy?
- Jest przepływ informacji, natomiast…
- Jak się okazuje nie pełen.
- Nad tym ubolewam, że taka sytuacja zaistniała. Przepraszam panią Annę. Wyciągamy z tego tytułu wnioski, jeżeli chodzi o naszą działalność.

- Na pewno bardzo dużo ludzi dało się wmanewrować tak, jak ja. Zostali oszukani – uważa pani Anna.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Frydrych

mfrydrych@polsat.com.pl