Salon niezgody

We wsi Strzała niedaleko Siedlec od lat trwa spór, którego nawet sąd nie jest w stanie rozwiązać. Okazuje się, że 70-letnia Wiesława Mendza i jej sąsiedzi, rodzina T., mają wspólny salon. Według pani Wiesławy stało się tak przez błędne pomiary wynajętego przez sąsiada geodety.

- Sąsiedzi kupili działkę 5 lat po wybudowaniu domu przez siostrę i  dobudowali się do tego domu  za zgodą szwagra – mówi Krystyna Łuka, siostra pani Wiesławy.


Państwo T. chcąc wybudować swój dom, musieli prosić o zgodę małżeństwo Mendza. Ich domy miały się stykać. Mąż pani Wiesławy zgody udzielił, a obie rodziny przez blisko 40 lat łączyła wręcz braterska więź.


- Geodeta przyszedł i wymierzył, że 60 centymetrów należy się sąsiadom. Działkę trzeba poszerzyć. Szwagier stwierdził, że jeżeli mu się należy,  to  nie będzie toczył walki jak Kargul z Pawlakiem. Dwa tygodnie po śmierci szwagra przychodzi pismo z prośbą  o usunięcie komórek, ogrodzenia, bo to jest własność sąsiadów - mówi Krystyna Łuka, siostra pani Wiesławy.


Relacje pomiędzy sąsiadami zmieniły się po śmierci męża pani Wiesławy. Od tej pory obie rodziny ze sobą nie rozmawiają.


- Zaraz po śmierci męża, zaczęli ściągać siatki, zaczęli krzywo patrzeć na mnie. Wtedy  już sama zostałam, że już nie miałam obrony, chcieli mnie całkiem zniszczyć – mówi pani Wiesława, która ma spór z sąsiadami.


- Jak poszłam do sąsiadki,  to ona powiedziała tak: jak zdechniesz,  to ja tę ziemię, ten  piach w trumnę wsadzę,  a tak ani grosza nie dam, ani nie odsunę się.  I tak to trwa, to już jest jedenaście spraw – mówi Irena T.,  sąsiadka pani Wiesławy. 


-  Cały czas mi dokuczali,  że jak  mam za wąsko,  to żebym na podwórku kwiaty skasowała – mówi pani Wiesława.


- Przeklina nas, takie słowa nie przechodzą  przez gardło nawet mi mężczyźnie. Jak  ona mnie zobaczy to ja się nie odzywam, chowam się -  mówi Ryszard T, sąsiad pani Wiesławy.


 Po śmierci męża pani Wiesławy okazało się także, że istnieją dokumenty potwierdzające, że część działki małżeństwa T. znajduje się po stronie rodziny Mendza. A dokładnie pod połową domu samotnej wdowy. Państwo T. nie widzą problemu.


- Chodząc po urzędach dowiedzieliśmy się, że była podpisana jakaś ugoda. Siostra przeczytała  i dopiero zaczęło się chodzenie po urzędach. I wtedy dowiedzieliśmy, że granica biegnie przez środek domu – mówi Krystyna Łuka, siostra pani Wiesławy.


Dopiero w Urzędzie Gminy w Siedlcach dowiedzieliśmy się, że problem powstał po 2000 roku, gdy Ryszard T. zaczął dzielić swoją działkę na kilka mniejszych i przepisywać je na swoje dzieci. Wtedy też powstała ugoda, zgodnie z którą Zenon Mendza zgodził się na oddanie sąsiadowi kawałka swojej działki,  ale nie tego, na której stoi dom.


- Nie wiem dlaczego tak się stało i tylko sąd jest właściwy do określenia czy ta ugoda została zawarta właściwie – mówi Jan Osiej, zastępca  Wójta Gminy  Siedlce.


Pani Wiesława twierdzi, że mąż zgodził się na przesunięcie granicy o 60 centymetrów, a nie o ponad dwa metry. I to w innej części działki. Innego zdania jest rodzina T., która uważa, że sąsiedzi od zawsze wiedzieli o warunkach ugody. Sprawa trafiła do sądu. Sąsiedzi chcą realizacji ugody, a pani Wiesława jej unieważnienia. Kompromis pomiędzy sąsiadami nie jest możliwy. Żadna ze stron nie ustąpi. Choć państwo T. podkreślają, że nie chcą pozbawić pani Wiesławy domu. Chcą tylko zwrotu swojego terenu np. w innej części działki. Na to nie zgadza się Wiesława Mendza.


- Trzeba przeprosić nas za to wszystko. My nie jesteśmy bandytami, złodziejami. My nic nie zrobiliśmy, nic nie ukradliśmy – mówi sąsiedzi pani Wiesławy.


- To oni powinni przyjść mnie przeprosić. Ja nie pójdę. Oni się do mnie nie odzywają, to ja mam  za moje dobro iść się pogodzić? – mówi pani Wiesława. *


*skrót materiału


Reporter: Paweł Gregorowicz


pgregorowicz@polsat.com.pl