12-letni spór o drogę. Nie dojedzie straż ani karetka

Stanisław Nieckarz i jego rodzina od 12 lat toczą sądową batalię z sąsiadami o dojazd do swojego domu. Po tym, jak mieszkająca obok Genowefa K. postawiła ogrodzenie, droga do gospodarstwa pana Stanisława zwęziła się na tyle, że nie przejedzie nią np. karetka pogotowia. Konflikt próbuje rozwiązać nie tylko sąd, ale i urzędnicy gminni oraz powiatowi.

Rolnik Stanisław Nieckarz mieszka w Cewkowie na Podkarpaciu. Utrzymuje siedmioosobową rodzinę: pięcioro dzieci, żonę oraz schorowaną matkę.

- Jestem rolnikiem, uprawiam tytoń i dla siebie kurki, świnki, drobne takie rzeczy – mówi pan Stanisław.

Brak przejazdu jest tym, co spędza sen z powiek panu Stanisławowi. Chodzi o wspólną drogę, z której korzystali zarówno pan Stanisław, jak i jego sąsiadka - Genowefa K. Jednak ponad 10 lat temu kobieta postanowiła, że się odgrodzi, przez co znacznie zwęziła dostęp do gospodarstwa pana Stanisława.

- Jeździliśmy wspólnym wyjazdem. A w tej chwili sąsiadka zażyczyła swoją drogę, tylko bez rozgraniczenia. Dojazd do głównej drogi został nam odcięty – mówi Stanisław Nieckarz.

Mężczyzna zmierzył szerokość drogi, jaka mu pozostała.

- 150 cm w tym miejscu, a kiedyś były 4 metry przejazdu. Tu żadnym sprzętem rolniczym nie wyjadę. Ciągnik wchodzi tylko - mówi.

- Problem polega na tym, że mamy wspólny wjazd, a chciałam sobie ogrodzić. Oni się wybudowali, ogrodzili, a mój płot był stary i oni mi go łamali. Nie dawali się ogrodzić – twierdzi pani Genowefa, właścicielka ogrodzenia.

- Ja jechałem przyczepą i się już nie mieściła. Zawadziła o ogrodzenie. Ale wtedy już było wąsko – odpowiada Stanisław Nieckarz.

- Ja jeszcze powiem: my mamy 20 cm węższy wjazd i jeździmy od 10 lat, a ci mają problem – komentuje pani Genowefa.
Zdaniem pana Stanisława brak przejazdu okazał się zagrożeniem dla jego rodziny. Niecałe dwa lata temu do umierającego ojca pana Nieckarza próbowało dotrzeć pogotowie.

- Ojciec nie chodzący był, o dwóch kulach z pierwszą grupą inwalidzką i nie można było dojechać na podwórze. Musieli go dowieźć do drogi publicznej. I po dwóch, trzech dniach ojciec zmarł – opowiada pan Stanisław.
 
- Zatoru dostał, a tu nie mogli niczym przejechać. Jego trzeba było natychmiast wieźć, a oni doszli do drogi, po nosze i znowu zabrali. To wszystko trwało za długo. Tak mi go brakuje. 55 lat przeżyliśmy razem – dodaje Anna Nieckarz, matka pana Stanisława.

Próby scalenia czy rozgraniczenia terenów podejmowali urzędnicy zarówno z gminy, jak i powiatu. Przyjeżdżali biegli. Wciąż jednak nie ma pewności, czy płot stoi we właściwym miejscu. Sprawa feralnego przejazdu od 12 lat jest w sądzie.

- Spraw było kilka. Pierwsza w 2005 roku dotyczyła zakazu czynienia powódce przeszkód w stawianiu ogrodzenia, a także zakazu przejazdu i przechodu przez nieruchomość. W 2014 roku pan Stanisław złożył pozew o pozbawienie tytułu wykonawczego wyroku z pierwszej sprawy, ale powództwo okazało się bezzasadne i oddalono je. Obecnie od 2014 roku toczy się sprawa o rozgraniczenie – informuje Ewa Hełmecka, sędzia Sądu Rejonowego w Lubaczowie.

- Oni mieli wspólną drogę do czasu prawomocnego orzeczenia sądowego, które nakazywało przebieg granicy. Nie wiem, na podstawie jakich dokumentów. Wg. mojej wiedzy, jako geodety powiatowego, nie było możliwości, by jednoznacznie określić ten przebieg – mówi Jacek Kopeć, geodeta powiatowy z Lubaczowa.

Pan Stanisław czuje się bezsilny. Na pomoc gminy nie może liczyć, tak jak na swobodny dojazd do swojego domu.
- Gdzie pójdę, tak przynajmniej twierdzą biegli, nie powinno być ogrodzenia, dopóki granica jest ustalona. A tu odwrotnie. Zakaz przejazdu, ogrodzenie. Nie mogę nic zrobić. Będę to rozwalać, to będę karany – podsumowuje.*

* skrót materiału

Reporter: Marcin Łukasik
mlukasik@polsat.com.pl