Pluskwy w domu samotnej matki

Od ponad miesiąca w Ośrodka Wsparcia dla Kobiet z Małoletnimi Dziećmi i Kobiet w Ciąży „Etezja” na warszawskiej Białołęce, trwa inwazja pluskiew. Zdaniem mieszkających tam kobiet, władze ośrodka nie radzą sobie z sytuacją. Dyrekcja utrzymuje, że problem "opanowała".

Do Centrum Samotnych Matek z Dziećmi na warszawskiej Białołęce trafiają przeważnie kobiety ciężko doświadczone przez los.

- Mąż pod wpływem alkoholu zachowywał się bardzo agresywnie. Ucierpiało na tym trochę dziecko, podjęłam decyzję, że trzeba skorzystać z jakiejś pomocy. Jakiś czas temu wróciłyśmy wieczorem i okazało się, że cały blok jest zamknięty ze względu na pluskwy. Część kobiet musiała znaleźć sobie miejsca do spania po znajomych, a drugą część poprzenosili po innych pawilonach – opowiada pani Barbara, mieszkanka w domu samotnej matki.

- To przykre, bo jest kilka pań, które były ciężarne, rodziły i wróciły z noworodkami do takich warunków. Wcześniej wszystko sobie wyprały, przygotowały na przyjęcie dziecka, a okazało się, że ich pokój został zamknięty. Przeniesiono je do innych pokoi pań z noworodkami, które po porodzie nie powinny mieć styczności z obcymi osobami innymi. Pani, która rzekomo przyniosła te pluskwy została podobno obciążona kosztami dezynsekcji swojego pokoju. Potem to się przeniosło na inne pokoje – mówi inna mieszkanka pani Edyta.

W ośrodku rozpoczęto walkę z plagą. Jednak zdaniem mieszkających tam kobiet, nie przyniesie to oczekiwanych efektów. Dyrekcja placówki bagatelizuje problem. 

- Zadziałaliśmy zgodnie z obowiązującymi procedurami. Placówka cały czas jest objęta nadzorem sanitarnym i na bieżąco reagujemy na tego typu zdarzenia. Budynek został wyłączony z użytku. Panie zostały zabezpieczone w innych pokojach i rozpoczęła się dezynsekcja. Problem pluskiew  uważam za opanowany – informuje Urszula Mroczek z Ośrodka Wsparcia dla Kobiet z Małoletnimi Dziećmi i Kobiet w Ciąży „Etezja”.

– Opryskiwanie nie daje żadnych rezultatów, bo pan, który to robi, przychodził już kilka razy i to się nie skończyło ani na jednym, ani na dwóch opryskiwaniach tylko już kilkakrotnie był. To już trwa ponad miesiąc czasu. Pluskwy przeniosły się potem na inny budynek – opowiada pani Edyta.

Pani Barbara dodaje, że to nie pierwsza taka sytuacja w ośrodku. - Pół roku temu też one tutaj były. Albo to jest nieodpowiednio robione, albo jest to robione po łebkach, żeby nas uspokoić. Były pogryzione niemowlaki, które dopiero co wróciły ze szpitali oraz matki w okresie połogu - mówi.

Kobiety wskazują również, że pluskwy lęgną się w materacach, które nie zostały wymienione, a jedynie zdezynfekowane. To ich zdaniem nie rozwiązało problemu.

- Ciuchy i rzeczy dzieci zostały spryskane chemikaliami. Później kazali spakować je worki i wystawić pod namiot na terenie ośrodka. Przy czym nie jest to tak naprawdę niczym zabezpieczone, więc można tam w każdej chwili wejść i nawet dzieci to robią. Wchodzą, biorą zabawki, wychodzą, roznoszą po ośrodku. Mogą się otruć i była sytuacja zatrucia dziecka tą właśnie substancją – opowiada pani Barbara.*

* skrót materiału

Reporter: Jan Kasia

jkasia@polsat.com.pl