Sądowa batalia z synem. O gospodarstwo i maszyny rolnicze

Najmłodszy syn państwa Miecieliców najpierw z dnia na dzień porzucił gospodarstwo, a następnie nasłał na nich komornika, by odebrać cenne maszyny rolnicze. Spór trafił do sądu. Ciągnik i inne maszyny były wzięte w leasing przez syna Miecieliców, ale wszystkie raty regulowała jego matka. Przez 7 lat płaciła po prawie 2 tys. zł miesięcznie.

Miecielicowie przepisali synowi całe gospodarstwo. Teraz walczą o cofnięcie darowizny.

59-letnia pani Grażyna żyje w miejscowości Radzie koło Giżycka. 29 sierpnia komornik odebrał jej ciągnik z ładowaczem. Okazuje się, że nasłał go jej najmłodszy syn. To on 7 lat temu wziął traktor wraz ze sprzętem rolniczym w leasing.

- Spłacałam raty za ciągnik i sprzęt. W leasingu były 84 raty, każda wynosiła 1700 zł z groszami. A za ładowacz było 360 zł. W sumie wyszło ponad 180 tys. zł – mówi Grażyna Miecielica i pokazuje nam dowody wpłat.

Jak twierdzi pani Grażyna, po spłacie wszystkich rat, syn zgodził się przepisać ciągnik na nią. Podpisał wówczas oświadczenie zezwalające na przerejestrowanie sprzętu. A potem oskarżył swoich rodziców o przywłaszczenie mienia i sfałszowanie podpisu na umowie przekazania ciągnika.

- Został powołany biegły. Jest zbierany materiał dowodowy i na tą chwilę ciężko powiedzieć, jak potoczy się sprawa. Nie wiadomo, czy ktoś usłyszy zarzuty – informuje Iwona Chruścińska z policji w Giżycku.

- Syn wystąpił do sądu o wydanie ruchomości. Przedłożył dokument o leasingu maszyn rolniczych. Kwestia własności tego pojazdu, jak i ruchomości będzie rozpatrywana w procesie – dodaje Agnieszka Żegarska z Sądu Okręgowego w Olsztynie.
 
Rozmowa z synem Andrzejem:

Reporter: Dlaczego pan dokucza rodzicom?
Syn Andrzej: Ja dokuczam? To raczej rodzice dokuczają mi. Jak jadę samochodem, to chory tata wyskakuje z kijem i obija mi samochód, traktor.
- Ma pan jakieś nagrania?
- Nie. Sprawy się potoczyły, jak się potoczyły. Nie szło się z nimi dogadać.

Dramat  pani Grażyny i jej 63-letniego męża zaczął się w momencie, kiedy w 2011 roku małżonkowie przepisali na najmłodszego syna gospodarstwo. Jak twierdzą, początkowo wszystko układało się między nimi idealnie, dopóki syn nie związał się ze starszą o 20 lat sąsiadką.

- W 2014 roku syn całkowicie porzucił gospodarstwo, odszedł do sąsiadki – mówi Grażyna Miecielica.

- Andrzej odszedł nie patrząc, że bydło może pozdychać, że może zniszczyć gospodarstwo. Odszedł i nic go nie obchodziło. Minęło 5 lat i zaczął postepowania sądowe – komentuje Leokadia Kobyszko, krewna rodziny Miecieliców.

- Państwo żądali zwrotnego przeniesienia nieruchomości.  Wskazali na zachowanie syna polegające na braku opieki nad nimi i w gospodarstwie. Syn nawet początkowo zgodził się z tym i napisał pisemne oświadczenie – dodaje Agnieszka Żegarska z Sądu Okręgowego w Olsztynie.
 
Jednak syn zmienił zdanie. Stwierdził także, że to rodzice nie dopuszczali go do gospodarstwa, a on musiał prosić o pomoc policję, aby dostać się do własnego domu. Funkcjonariusze tego nam nie potwierdzili. Rodzice w 2016 roku oddali sprawę do sądu. Jednak w pierwszej instancji przegrali.

- To nie jest tak, jak brat mówi. Wyprowadził się z dnia na dzień do sąsiadki. I od tego czasu nie przychodził pomagać. Jest
wyrodnym synem – ocenia Dorota Buko, córka pani Grażyny i pana Jana.
- Sąd uznał, że te wszystkie okoliczności nie wywarły tzw. rażącej niewdzięczności. To musi być szczególna intensywność, umyślna przeciw czci, życiu i zdrowiu. Zostawienie gospodarstwa było w marcu 2014 r., odwołanie darowizny w maju 2016, a ustawodawca daje termin roczny od rażącego zachowania obdarowanego – tłumaczy Agnieszka Żegarska z sądu w Olsztynie.

Państwo Miecielicowie złożyli apelację. Czekają na wyznaczenie terminu rozprawy. Pani Grażyna twierdzi, że 2 tygodnie temu doszło do niebezpiecznego incydentu z udziałem syna. Mężczyzna wieczorem przyjechał ciągnikiem pod dom swoich rodziców i chciał zabrać jedną z maszyn rolniczych, która stała na posesji. Wezwano policję.

- Chciał zabrać prasę kostkującą, to jest nasza prasa.  Nie wiem jak, ale się przewróciłam. Jako matkę bardzo mnie to boli. Nie takiego syna chowałam. Mam ogromny żal, bo to najmłodszy syn. Był kiedyś dobrym człowiekiem – twierdzi Grażyna Miecielica.

- Mówił, że jak będziemy cwaniakować to pod wiatę trafimy. Zostaliśmy bez niczego na stare lata. Po 40 latach wspólnej pracy – rozpacza Jan Miecielica.*

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki

aborzecki@polsat.com.pl