Mają spłacić weksle za pracę w Niemczech

Sławomir Urbaniak z Goleniowa, korzystając z oferty pośrednika wyjechał do Niemiec do pracy. W zamian miał oddać pośrednikowi 10 proc. wynagrodzenia, ale twierdzi, że wrócił po 3 tygodniach, bo pieniędzy nie zarobił. Mimo to pośrednik uruchomił weksel na 4000 euro, który pan Sławomir podpisał przed wyjazdem. Dziś z wraz z odsetkami to już ok. 30 tys. zł.

- Mąż po powrocie był bardzo zdenerwowany, powiedział, że po raz ostatni przez pośredników polskich w ogóle pojechał do pracy, bo nigdy nie czuł się tak oszukany – opowiada Małgorzata Urbaniak, żona pana Sławomira. Jak twierdzi, mąż żadnych pieniędzy przez pośrednika nie zarobił.

- To była bardzo potężna budowa, śródmieście Dortmundu, wielki budynek dla rządu. Tam moim zdaniem jakieś 300 osób pracowało, w większości, 3/4, to byli Polacy – wspomina Piotr Pawelec, który również ma weksel do windykacji.

- Ja mam dokumenty, które potwierdzają, że zarabiali około 4 tys. euro miesięcznie. Wykonywali usługi jako firma. Pana Urbaniaka akurat nie mam, ale innych mam, którzy razem z nim na identycznych warunkach pojechali – tłumaczy Waldemar K.

- Była sprawa w sądzie, na chwilę obecną pan Waldemar K. odwołał się od decyzji sądu.
Mąż ma zapłacić 1 procent tej kwoty, którą żąda pan Waldemar K. – mówi o orzeczeniu sądu Małgorzata Urbaniak.

Jeszcze zanim pośrednik uruchomił weksel pan Sławomir uległ wypadkowi. Doznał poważnego urazu głowy. Dzisiaj ma świadomość 3-4 latka. Opiekuje się nim żona, która musiała zrezygnować z pracy.

Weksel w 2010 roku podpisał także Piotr Pawelec oraz Daniel Kurylak, który obecnie pracuje w Norwegii. Pośrednik pięć lat temu sprzedał weksel pana Daniela. Teraz jego nabywca chce wyegzekwować  4 tys. euro wraz z odsetkami – w sumie chodzi o 30 tys zł.
Chcieliśmy porozmawiać z nabywcą weksla, ale pod wskazanym adresem mieszka już ktoś inny.

- Pamiętam jak z budowy nas wyrzucili, bo miała przyjechać policja i urząd skarbowy, więc jak mogły być nasze umowy legalne z K.? – pyta Piotr Pawelec.

- On nas wysłał do pracy, a my nie mieliśmy wszystkich papierów gotowych, żeby jechać do pracy do Niemiec, ani numeru podatkowego, ani konta w Niemczech. Kazali zejść z budowy, to znaczy, że coś nie tak jest. Ja dzwoniłem do tego gościa, co nam za pracę załatwił, jak nie ma tej pracy. On nie chciał ze mną rozmawiać, a później powiedział, że on i tak te pieniądze odzyska - mówi Daniel Kurylak.

- Nikt mnie nie informował, bo powinni mieć dokumenty na to. Twierdzenie dwóch kolegów, że ktoś tam, gdzieś tam dzwonił, gdzie jest wyraźnie zastrzeżona wyłącznie forma, bezwzględna, listu poleconego, to wie pani, może 10. świadków przychodzić i mówić, że dzwonili – twierdzi Waldemar K.

Po siedmiu latach od podpisania umowy z Waldemarem K. weksle na 4 000 euro są egzekwowane. Odsetki przez ten czas urosły prawie o sto procent. Dzisiaj każdy z windykowanych budowlańców ma do zapłacenia ponad 30 tys. zł. O sprawie postanowili powiadomić organy ścigania.

- Wszystko wskazuje na to, że Waldemar K. wykorzystał ich, wymagając od nich podpisania tego weksla, co już jest naprawdę ostatecznością. Wykorzystał ciężką sytuację tych osób, pana Kurylaka i jego kolegów, którzy byli zdesperowani i poszukiwali zarobkowania – ocenia Wojciech Filochowski, adwokat Daniela Kurylaka.

- Człowiek nie miał pracy, to nawet cyrograf z diabłem by podpisał, żeby mieć jakąś pracę – podsumowuje Daniel Kurylak.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Pietkiewicz

mpietkiewicz@polsat.com.pl