Oferował pracę w Niemczech. Dziś żyje z budowlańców, którzy podpisali weksle

Rozpaczliwy apel budowlańców o pomoc, robotników, którzy wyjechali za pracą do Niemiec dzięki pośrednictwu firmy Waldemara K. spod Wrocławia. W zamian mieli oddawać 10 proc. wynagrodzenia. I choć każdy z nich szybko wrócił do Polski, bo nie było pracy albo pensji, to do dziś spłacają K. Ten bowiem uruchomił weksle, będące zabezpieczeniem umowy i przez komorników ściąga pieniądze z odsetkami. - On tylko z tego żyje - mówią budowlańcy.

- Około 200 osób jest poszkodowanych, o których my wiemy. Podejrzewam, że tych osób może być jeszcze więcej. Mówili, że na niektórych budowach była masa ludzi i większość od pana K.  – opowiada Zbigniew Kondratiuk, przedsiębiorca z Hrubieszowa.

W listopadzie pokazywaliśmy historię pracowników budowlanych z Goleniowa, którzy wyjechali do pracy do Niemiec, korzystając z pośrednictwa Waldemara K. Jednym z nich był 46-letni Sławomir Urbaniak. Pośrednik miał pobierać 10 proc. prowizji z jego zarobków. Zabezpieczeniem był weksel na 4 tys. euro, który dzisiaj jest windykowany, mimo że zarobku nie było.

- Pan K. złożył pozew do sądu, mąż zdążył jeszcze sprzeciw od nakazu zapłaty złożyć, ale później uległ wypadkowi. Ta umowa... niby jedna strona, ale jak ktoś jest zdesperowany, to podpisuje wszystko – opowiadała w listopadzie ubiegłego roku Małgorzata Urbaniak, żona pana Sławomira.

- Pamiętam, jak z budowy nas wyrzucili, bo miała przyjechać policja i urząd skarbowy. Więc jak nasze umowy mogły być legalne z K.? Nie mogło tego być – opowiada Piotr Pawelec, który również ma weksel do windykacji przez pośrednika pracy.

Po emisji reportażu do redakcji Interwencji zgłosili się inni kontrahenci Waldemara K. Oni też podpisali umowy z wekslem i albo nie mieli pracy, albo pieniędzy. Za to wszyscy mają postępowania egzekucyjne przez komorników. Dzisiaj walczą w sądach o utrzymanie dorobku życia. Bohaterów jest wielu, ale historie powtarzają się jak refren.

- To był rok 2013. Razem z  Rafałem tu obecnym wyjechaliśmy do Żórawiny do Waldemara K. i tam podpisaliśmy umowę o pracę do Niemiec. Był też weksel. W Niemczech była praca, ale nie było pieniążków – opowiada Zdzisław Prusicki. Przedsiębiorca z Kielc twierdzi, że nie dostał pieniędzy za 4 tygodnie pracy w Niemczech.

Za to wynikającą z umowy prowizję K. zapłacił. - Zapłaciłem za pierwsze pieniążki, które dostałem, czyli za 2 000 euro i od tego te 10 proc Waldemarowi K. żona wysłała, żeby mieć spokój – dodaje.
Podobne historie spotkały jeszcze 8 przedsiębiorców, którzy się do nas zgłosili.

- Podpisałem i pojechałem do Dortmundu, ale tej pracy tam nie było, bo tam sto Polaków strajkowało i nikt nas nie przyjął. Dzwoniłem w tym dniu, dwa, trzy razy do Waldemara K. On kazał mi też strajkować – wspomina Robert Chojnacki z Torunia.

- Przerobiłem te półtora miesiąca, płaciłem mu forsę, poprosiłem go o faktury na tę kwotę i wtedy K. powiedział… żebym sobie w…  Nawymyślał mi, powiedział, że mnie jeszcze uj…e.  No i mnie uj..ł. Potem przyszły sprawy wekslowe. Odwołania nic nie dały – mówi Robert Bis z Nowej Soli.

- Miałem wszelkie dokumenty świadczące o tym, że w ogóle nie skorzystałem z usług pana Waldemara K., więc on nie miał żadnej podstawy prawnej, żeby domagać się jakiejkolwiek wierzytelności ode mnie. Zrobił to seryjnie, jak zrobił z innymi – twierdzi Stanisław Krysztofiak z Wałcza.

- Co tydzień mieli mi płacić, a nikt nie płacił. On kazał zrezygnować, nie pracować, bo wszystko załatwi. No i tak załatwił, że wypisał weksel. Tak wszystko załatwił – dodaje Jacek Kowalski z Nowej Soli.

Ryszard Kwaśniak z Ostrowca Świętokrzyskiego także skorzystał z pośrednictwa Waldemara K. Do pracy w Niemczech wyjechał w lutym 2010 roku. Praca miała być na rok, wrócił po trzech miesiącach bez pieniędzy. Niedługo potem dostał udaru, stracił mowę. Jest ubezwłasnowolniony. Opiekuje się nim żona. Od trzech lat spłaca Waldemara K.

- Przegrywam i od 2014 roku mężowi z renty pobierają najpierw 420 zł, a od 2016 roku, skoro mąż przeszedł na emeryturę, to zabierają 530 zł co miesiąc. Ja już mu spłaciłam ponad 18 tys zł. Dla mnie to są kolosalne pieniądze. Jeszcze w 2016 r. doszedł u męża rak złośliwy jelita grubego. Kłopotów mam multum – opowiada Anna Kwaśniak, żona pana Ryszarda.

Kolejny z poszkodowanych, Zbigniew Kondratiuk z Hrubieszowa nie ma pieniędzy, ale też rodziny. W połowie stycznia jego majątek trafi na licytację. Sąd odrzucił apelację mężczyzny, bo uznał, że powinien listownie poinformować Waldemara K. o problemach na budowie w Niemczech.

- Sąd uznał, że zapis umowy jest taki, a nie inny, weksel jest podpisany, więc nie spełniliśmy wymogów, któregoś tam punktu, paragrafu, który mówił, że nie wysłaliśmy listem poleconym mu dokumentów – opowiada pan Zbigniew.

Podobny argument co sąd, podnosił Waldemar K., przy realizacji pierwszego reportażu.

- Nikt mnie nie informował, bo powinni mieć dokumenty na to. Twierdzenie dwóch kolegów, że ktoś tam, gdzieś tam dzwonił, gdzie jest wyraźnie zastrzeżona wyłącznie forma, bezwzględna, listu poleconego, to może 10 świadków przychodzić i mówić, że dzwonili – przekazał K.

- Na ten jeden punkt w tej całej umowie się powołał – mówi Zbigniew Kondratiuk.

Reporterka: A co na to pana rodzina, żona, dzieci?
- Bardzo źle odebrali to. Z żoną jestem po rozwodzie w tej chwili.
- Przez to?
- Między innymi. Dzieci pomagały mi jak mogły, też załamane były, że taka sytuacja. One znały mnie ze strony, że radziłem sobie, a tutaj okazało się, że gdzieś zawiodłem.

- W sądzie powiedział nam, że nas zniszczy, że komornik nas zniszczy. I pewnie, że niszczy, strasznie – opowiada Barbara Śmiech, a jej mąż Rafał dodaje: „I powiedział: zobaczysz, jak się będziesz śmiał, jak ci będę dom zabierał”.

Chcieliśmy porozmawiać z Waldemarem K., aby wyjaśnić te zarzuty. Pojechaliśmy do domu, w którym podpisuje wszystkie umowy z kontrahentami, ale nie zdecydował się na oficjalną wypowiedź przed kamerą.

Robert Chojnacki  z Torunia wygrał sprawę z Waldemarem K. i złożył przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia. Sprawa w prokuraturze toruńskiej z nakazu sądu ciągnie się i końca nie widać. Waldemar K., nie mogąc zrealizować tego weksla, sprzedał go szwagrowi. I tak Robert Chojnacki znowu ma zajęty majątek przez komornika.

- Zrobiłem prywatny akt oskarżenia, mieliśmy teraz we wrześniu konfrontację z K. i na tym się skończyło. Odesłali papiery do Niemiec, bo K. twierdzi, że ja podpisywałem listę obecności na budowie w Dortmundzie – mówi Robert Chojnacki.

Kontrahenci Waldemara K. oddają sprawy do wielu prokuratur w różnych miastach – wszystkie postępowania zostały umorzone, żadna prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa.
Przedsiębiorcy mają żal do organów ścigania i do sądów, że nie mogą się wytłumaczyć z zawieranych umów.

- Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia Krzyki-Zachód prowadziła dochodzenie dotyczące doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzania mieniem 15 osób, poprzez zawarcie z nimi w latach 2010-2013 umów pośrednictwa przez Waldemara K. Postępowanie to, po przeprowadzeniu wielu czynności, zostało przez prokuratora umorzone, wobec braku znaniom przestępstwa – informuje Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

- Jemu chodziło tylko o podpisane weksla in blanco. I prokuratura nie chce się tym zająć, nie chce zbadać, ile spraw jest w centralnej izbie komorniczej, spraw Waldemara K. – komentuje Rafał Dziechciaż, przedsiębiorca spod Torunia.

- Też mam pretensję do sądów, że tak to było prowadzone i na dziś jest ponad 40 tys. zł do zapłaty oraz wpis do hipoteki. Sąd w Stalowej Woli, ale była też apelacja w Tarnobrzegu. K. przedstawił, że on przyjechał trzylitrowym samochodem i na to dostał (zwrot kosztów dojazdu – red.)… 700 zł jeszcze mi dołożyli, jego delegację – wspomina Robert Bis ze Stalowej Woli.

- To jest jego dochód, on tylko z tego żyje. Wykorzystuje ludzi, którzy są uczciwi, którzy chcą pracować – uważa Rafał Śmiech.

Przedsiębiorcy żyją nadzieją, że sprawa nabierze rozgłosu.

- Chcemy jednego prokuratora, który skupi wszystkie te sprawy i poprowadzi je od początku do końca – mówią.*

* skrót materiału

Reporter: Małgorzata Pietkiewicz

mpietkiewicz@polsat.com.pl