Zaopiekował się matką i bratem – ale straci dom. Wini urzędników

Władysław Sitko z Wieliczki niedługo straci dach nad głową. Według mężczyzny stanie się tak przez brak przychylności urzędników. Ci zażądali zwrotu bonifikaty przyznanej przy wykupie mieszkania przez matkę pana Władysława. Kiedy kobieta i jej drugi syn podupadli na zdrowiu, pod swój dach wziął ich pan Władysław. Za pieniądze ze sprzedaży mieszkania rozbudował dom. Teraz albo odda 100 tys. zł, albo go straci.

W 2009 roku pan Władysław był zmuszony wziąć pod swój dach chorą na Alzheimera 90-letnią matkę i brata chorego na schizofrenię paranoidalną. Wtedy też swoje mieszkanie matka mężczyzny przepisała na niego darowizną. Potem lokal został sprzedany. I o to pretensje mają urzędnicy, bo matka pana Władysława dostała wcześniej bonifikatę na wykup mieszkania.

- Matka darowała lokal synowi, który 10 dni późnej zbył go na rynku za 215 tys. zł. Zgodnie z przepisami, po zastosowaniu bonifikaty nie wolno w ciągu 5 lat zbyć takiego lokalu, a środków ze zbycia przeznaczyć na inne cele, niż te mieszkaniowe – tłumaczy Robert Maciaszek z Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie.

Urząd wystąpił o zwrot wynoszącej 85 tys. zł bonifikaty. Kwota po zwaloryzowaniu urosła do blisko 100 tys. zł.

63-letni Władysław Sitko tłumaczy, że pieniądze z mieszkania w całości przeznaczył na cele mieszkaniowe. Powiększył dom, by zmieściła się w nim mama z bratem.

- Wcześniej nie mógłbym ich utrzymać, bo tam był pokoik i kuchenka, to byśmy się nie pomieścili – mówi.

Mężczyzna przedstawił w urzędzie faktury, by udowodnić, że wszystkie pieniądze ze sprzedaży lokalu zainwestował w budowę. Nic nie wskórał.

- Stwierdzono, że pan Władysław przeznaczył te pieniądze na rozbudowę, ale swojego domu, a nie kupił innego mieszkania matce. Problem w tym, że zrobił to tylko dlatego, że musiał matkę i brata wziąć do siebie. W gminach i powiatach są sprawy, kiedy się odstępuje od roszczenia, od tej bonifikaty. Przecież on nie przeznaczył tego na potrzeby mieszkaniowe swoje, tylko byłej właścicielki, czyli matki i brata – komentuje Dorota Wnęk ze Stowarzyszenia Obrony Praw Lokatorów.

Urzędnicy zażądali od pana Władysława zwrotu blisko stu tysięcy złotych. Nie chcieli iść na żadne ustępstwa. Nie było mowy o umorzeniu długu. Padła tylko propozycja rozłożenia niebagatelnej kwoty na raty - po 13,5 tys. zł każda.

- 200, 300 zł to obciążenie potworne dla mnie, a oni napisali mi 13,5 tys. zł. W rok bym musiał to spłacić, bo taki mają przepis… Dochodzę do wniosku, że jakby postawić komputer, to by to robił za nich. Bo oni tylko: nie, nie, nie. Nic im nie pasuje – mówi pan Władysław.

Urzędnicy zasugerowali nawet rozwiązanie. Pan Robert miałby sprzedać dom i z uzyskanych pieniędzy spłacić dług. Tylko gdzie miałby mieszkać z rodziną?
Po naszej interwencji urząd zaproponował pomoc.

- Jest propozycja dotycząca możliwości umorzenia odsetek, czyli ponad 60 tys. zł, jeżeli spłaci należność główną – mówi Robert Maciaszek z Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie.

- Tutaj mamy przypadek osoby, która chciała pomóc najbliższej rodzinie i tej rodzinie pomogła. Pan Władysław nie odniósł żadnych osobistych korzyści. Myślę, że urzędnicy powinni zdecydowanie inaczej podejść do sprawy – ocenia Maciej Lisowski z Fundacji Lex Nostra.

- Myśląc logicznie, to chyba widać, że całkowicie odciążam państwo od wszystkiego. Mamę mógłbym oddać do domu pomocy społecznej, a z bratem nie wiem, co by zrobili – zauważa pan Władysław.*

* skrót materiału

Reporter: Paweł Gregorowicz

pgregorowicz@polsat.com.pl