Bez pieniędzy za ciężką pracę w masarni. Wyrok tylko na papierze

Pani Teresa w 2011 i 2012 roku pracowała w masarni w Wolanowie koło Radomia za stawkę pięciu złotych za godzinę. Pod koniec miesiąca często okazywało się, że właściciel nie płaci za nadgodziny czy weekendy. W końcu kobieta zrezygnowała. Podliczyła, że nie otrzymała wynagrodzenia za ponad 900 godzin pracy. Wygrała proces w sądzie, ale szans na odzyskanie 15 tys. zł nie ma.

56-letnia Teresa Zasada w 2011 roku zaczęła pracę w masarni w Wolanowie koło Radomia. Kobieta pracowała tam jako pakowaczka. Zarabiała 5 złotych na godzinę. Bardzo źle wspomina tamten czas.

- To był wyzysk w biały dzień, musiałyśmy np. ćwiartki świni nosić. Ciężko pracowałam na zmiany: od 6 do 16, od 10 do 20 i od 20 do 6 rano. Nie zawsze miałam zapłacone, bo pracodawca uważał, że daje tyle, ile uważa – opowiada.

Po roku pracy pani Teresa powiedziała: dość. Ponieważ pracodawca nie chciał jej zapłacić za przepracowane godziny, oddała sprawę do sądu.

- Mam kalendarzyk, gdzie z każdego miesiąca sobie pisałam, ile godzin przepracowałam i poszłam z tym do sądu – mówi Teresa Zasada.

- Po przeprowdzeniu drobiazgowego postępowania włącznie z opinią biegłego z zakresu księgowości została zasądzona prawomocnym wyrokiem na rzecz Teresy Zasady kwota 15 tysięcy złotych. W zasadzie pozwany w czasie postępowania był bierny, nie stawił się na przesłuchanie w charakterze strony, nie złożył wniosku o uzasadnienie, czyli w zasadzie uznał zasadność roszczenia – informuje Arkadiusz Guza, rzecznik Sądu Okręgowego w Radomiu.

Pani Teresa była bardzo szczęsliwa. Pieniądze były jej bardzo potrzebne, bo w czasie, kiedy trwała sprawa, zachorowała na nowotwór.

- W 2014 roku miałam operację, jestem po mastektomii piersi. potem chemia, radioterapia i orzeczono mi częściową niezdolność do pracy. Żyję z córką, która jest w trzeciej klasie technikum – rozpacza pani Teresa.

Kobieta bardzo liczyła, że komornik wyegzekwuje należne jej pieniądze. Ale ten przysłał jej pismo o umorzeniu postępowania.

- Napisał, że pracodawca nie posiada żadnego majątku, ale w tym czasie miał samochody, dom, majątku miał pełno. A wszystko przepisał, jak sprawa się ciągnęła. Proszę o pomoc, bo ja złotówki nie odzyskałam – komentuje Teresa Zasada.

- Jeżeli znamy ten majątek, który został w ten sposób zbyty, to trzeba występować do sądu o unieważnienie tych czynności – wyjaśnia komornik.
Reporter: Czyja to jest rola?
- Wierzyciela
- Wierzyciela, a nie komornika?
- No, niestety.
- Tylko jakie ta pani ma możliwości dochodzenia, na kogo ten pan to poprzepisywał?
- A no właśnie.
- Przecież pan wie, że to są celowe działania?
- To ja wiem, ale ja nie mogę nikomu „nakopać“, jak to się mówi

We władzach spółki, w której zatrudniona była pani Teresa, zasiadali: Andrzej B. i jego syn Bartosz. Dzisiaj spólka już nie istnieje. Andrzeja B. zastaliśmy na terenie masarni, w której pracowała pani Teresa. Stwierdził, że nie widzi szans, by jego dawna pracownica odzyskała pieniądze.
Andrzej B.: Ja nie mam żadnego majątku, mam 800 złotych renty, resztę mi komornik zabiera i ledwo żyję.
Reporterka: A pan Bartosz?
- On nie jest małym dzieckiem, żeby go trzymać za rękę.
- A on nie ma dochodów, nie ma z czego tego płacić?
- A tego nie wiem.

Nie tylko pani Teresa nie może odzyskać pieniędzy od Andrzeja i Bartosza B. W masarni pracowali pan Marian i pani Wiesława.

- Próbowałam odejść, bo zauważyłam, że coś sie dzieje z tym zakładem. Złożyłam wymówienie i ubiegałam się o pieniądze za urlop, ale szef nie chciał wypłacić. Sprawę wygrałam, ma mi zapłacić odszkodowanie, 5400 złotych. Ale wyrok mam tylko na papierze, ani złotówki nie dostałam i myslę, że już się nic nie da zrobić – mówi Wiesława Guzińska.

- Ja miałem 9 złotych za godzinę, nie zapłacił mi za dwa miesiące, także za noce i niedziele. To w sumie 16 000 zł – informuje Marian Kaczorowski.

Sprawa pana Mariana trafiła do sądu, ale została zawieszona. Dlaczego?

- Postępowania są zawieszone, ponieważ nie działa zarząd tych spółek, członkowie zarządu złożyli rezygnację z pełnionych funkcji i obecnie kilkukrotnie były podejmowane próby przez kuratorów powołanych przez sąd, zwołania zarządu spólek, ale osoby te nie stawiały się na te terminy i kurator nie mógł skutecznie podjąć żadnych działań. Obecnie złożono wniosek o rozwiązanie tej spółki  - wyjaśnia Arkadiusz Guza, rzecznik Sądu Okręgowego w Radomiu.

Reporterka: Ale to znaczy, że członkowie zarządu takich spółek bardzo łatwo mogą uciekać przed odpowiedzialnością, tak jak tutaj.
Rzecznik: Dosłownie, jest to możliwe, jak najbardziej.

- To jest paranoja, ten bogaty to nakradnie i żyje w luksusie, a ten biedny co ma zrobić? Gdzie szukać sprawiedliwości? – pyta Teresa Zasada.*

* skrót materiału

Reporter: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl