Napastnik ukrywa się już dwa lata. Zniszczył panu Michałowi życie

Michał Jucha dwa dni przed wyznaczą datą ślubu został pobity. Upadając na ziemię uderzył głową w krawężnik. Konsylium nie widziało sensu, by go operować, bo nie dawał odruchów życia. Zdecydował się na to jeden lekarz, dzięki któremu pan Michał żyje. Dwa lat po pobiciu napastnik - Krzysztof Z., pseudonim Cyklop wciąż unika kary, ukrywając się przed policją.

14 sierpnia 2016 roku to miała być w życiu 28-letniego Michała Juchy szczególna data. Miał stanąć na ślubnym kobiercu. Dwa dni wcześniej umówił się z dawno niewidzianym kolegą. Po pobiciu pan Michał tego dnia nie pamięta.

- Z informacji, które pozyskałem, wynika, że Michał z kolegą Mateuszem udali się w kierunku postoju taksówek, weszli do jadłodajni, zamówili kebab i wychodząc na postój taksówek zostali zaatakowani przez tego bandytę „Cyklopa”. Mojego syna sponiewierał tak, że nie mogłem dziecka w szpitalu poznać – opowiada Mariusz Jucha.

Upadając pan Michał uderzył głową o chodnik. Obrażenia głowy były tak poważne, że w stanie krytycznym trafił do szpitala. Oprócz tego miał połamane żebra i porozrywane oskrzela.

- Miał już anizokorię, poszerzenie źrenic, umierał, to już była agonia. Konsylium się zebrało i zdecydowało, że nie ma sensu operować, bo nie ma odruchów życia. Znalazł się tylko jeden lekarz, który zdecydował się operować. Było ryzyko, że mózg po prostu eksploduje, jak granat – wspomina Mariusz Jucha, ojciec pana Michała.

Sprawcą pobicia pana Michała był Krzysztof Z., pseudonim Cyklop. Ale kiedy policjanci po dwóch dniach poszli do jego mieszkania, mężczyzny już nie było.

- Z uzyskanych informacji wynikało, że wyjechał za granicę, okazało się, że już od kilku lat tam przebywa, a do kraju przyjeżdża tylko w ramach urlopu – informuje Ewelina Wrona z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie.

- Normalny człowiek, który da komuś „po ryju”, nie ucieka za granice, ktoś musiał go informować o stanie zdrowia mojego syna, że ten człowiek się zapadł pod ziemię i ktoś musiał mu pomoc w tym – uważa Mariusz Jucha.

Mimo wydanego listu gończego i europejskiego nakazu aresztowania, Krzysztof Z. nadal jest wolny. Pan Michał i jego ojciec mają pretensje do policji.

- Bulwersujące jest dla mnie zachowanie policjantów, którzy rozmawiali z moim synem. Michał zadzwonił, żeby podać kontakt do osoby, która z kolei zna kogoś, kto wie, gdzie on może być – mówi pani Mariusz.

To fragment tej rozmowy:
Policjant: Jeśli pan ma jakiś problem, proszę udać się do lekarza, żeby jakiejś pomocy udzielił.
Pan Michał: Słucham? Pana godność? Proszę się przedstawić.
Policjant: Ja się przedstawię człowieku, a nie mi gitarę zawracasz, ja mam inne poważne sprawy, a ty mi o pierdołach tu opowiadasz.

- W tej sprawie komendant w Jarosławiu wszczął postępowanie wyjaśniające, aby ustalić, kim jest ten funkcjonariusz i w sytuacji, kiedy to się potwierdzi, zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne – mówi Ewelina Wrona z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie.

Do pana Michała i jego rodziny docierają informacje o tym, że Krzysztof Z. bywa w Polsce. Rok po pobiciu pana Michała miał pobić kolejne trzy osoby w sąsiedniej Radawie. Ale jak twierdzi poszkodowany, organy ścigania nic z tym nie robią.

- Jego matka twierdzi, że to jemu dzieje się krzywda, że pójdzie przez nas siedzieć. Ma z nim kontakt telefoniczny, na Skype’ie. Odwiedzają ją grupy zakapturzonych ludzi po godz. 22 – opowiada Mariusz Jucha.

- Jak tylko będzie mógł przyjechać, to przyjedzie, ale teraz boi się, co ten pan Jucha wymyśli i ja też się boję. Nie wiem, gdzie on jest – mówi matka Krzysztofa Z.
Od chwili wypadku życie pana Michała całkowicie się zmieniło. Rozstał się z narzeczoną, nie może pracować. Jest na rencie. Nie pamięta wielu rzeczy ze swojego życia. Myśli tylko o jednym: żeby Krzysztof Z. znalazł się w więzieniu.

- Mam ochotę spotkać się z nim na sprawie, żeby siedział już jako złapany. Ja go nazywam „to coś”, bo to nie jest człowiek – mówi pobity Michał Jucha.*

* skrót materiału

Reporter: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl