Przez prywatną pożyczkę mogą stracić domy

Barbara Ofiara i Katarzyna Borkowska-Rybarczyk skorzystały z firmy pośredniczącej w udzielaniu kredytów i dziś są niemal bankrutkami. Pani Barbara podpisała kredyt na 37 tys. zł, a twierdzi, że dostała jedynie 19 tys. zł. Natomiast pani Katarzyna zaciągnęła 375 tys. zł, a otrzymała 185 tys. zł. Obie są oburzone wysokością prowizji, obie przestały być właścicielkami swoich domów.

- W remont domu włożyliśmy ponad 50 tys. zł, nie licząc robocizny. A możemy to stracić przez 19 tys. zł – mówi Barbara Ofiara.

Barbara Ofiara ma 67 lat. W 2017 roku wpadła w kłopoty finansowe. Wszystko przez remont domu kupionego kilka miesięcy wcześniej. Zaczęła szukać firmy, która pomogłaby w uzyskaniu kredytu pod zastaw nieruchomości. Pośrednika znalazła w Rzeszowie.

- Po jakimś czasie zadzwonili, że to będzie kredyt prywatny i czy wyrażam zgodę, by zaciągnąć go pod hipotekę, jak w banku. No, wyrażam. W umowie jest zapisany kredyt na 37 500 zł – mówi Barbara Ofiara i dodaje, że po wszystkich opłatach do ręki dostała zaledwie 19 tys. zł. Co się stało z resztą kwoty?

- Nie powiem kwotowo, dlatego że nie obsługiwałam tej klientki – twierdzi Sylwia Krzywdzik, prezes firmy pośredniczącej w udzielaniu kredytów. Prezes zna jednak sprawę, bo z panią Barbarą była u notariusza.

- Być może wycena wynika stąd, że temat klienta był bardzo trudny – dodaje.

Firma, która sfinansowała kredyt, stała się formalnie właścicielem nieruchomości pani Barbary. Stało się tak, bo oprócz umowy pożyczki, kobieta dokonała zmian w akcie notarialnym. Teraz firma żąda od kobiety 2 tys. zł miesięcznie za mieszkanie w jej domu.

Postanowiliśmy poszukać siedziby firmy, która reklamuje się jako duże przedsiębiorstwo z tysiącami zadowolonych klientów. Mieści się w mieszkaniu, na jednym z krakowskich osiedli. Tam dostajemy telefon do osoby decyzyjnej – Alberta K.:

Reporter: Udzieliliście pożyczkę, z której pani Barbara otrzymała tylko 19 tysięcy złotych, bo resztę pochłonęły prowizje. Staliście się de facto właścicielami domu. To była uczciwa oferta?
Albert K.: Ewentualne rozliczenia pani Barbary z innymi podmiotami, które mogły skutkować takimi kosztami, są niezależne od nas.
- Przejmiecie ten dom?
- Proszę pana, nie mam zamiaru teraz rozmawiać na ten temat.

Pani Barbara nie jest jedyną osobą, która wpadła w kłopoty w związku z kredytem pod zastaw nieruchomości. Na pośredników z Rzeszowa trafiła też pani Katarzyna Borkowska-Rybarczyk. W 2016 r. firma męża przestała dobrze prosperować, a on sam zachorował.

- Przed podpisaniem samego aktu notarialnego, mąż znalazł się nagle w szpitalu. Uświadomiono mnie, że w każdej chwili może umrzeć. Był to dla mnie taki bodziec, żeby jednak się wycofać w tej pożyczki. Natomiast były naciski, pan Rafał mówił, że on włożył w to bardzo dużo pracy. Używałam też argumentów typu, że Jacek - mój mąż - jest w tej chwili w szpitalu i on nie jest w stanie podpisać żadnych dokumentów. Natomiast pan Rafał stanął chyba na głowie i wynalazł notariusza, który się zgodził w ciągu kilku godzin przyjechać do szpitala. Pani notariusz przeczytała takie pełnomocnictwo, a mąż podpisał – relacjonuje sposób podpisania umowy Katarzyna Borkowska-Rybarczyk.

Jeszcze tego samego dnia pani Katarzyna musiała pojechać do oddalonego o 300 kilometrów Krakowa, żeby w obecności notariusza podpisać umowę. Dziewięciu inwestorów, którzy sfinansowali kredyt, zostało wpisanych w księgę wieczystą jako właściciele nieruchomości wartej 600 tysięcy złotych.

- Kredyt miał być na 375 tys. zł i ta kwota miała wystarczyć na spłatę wszystkich zobowiązań, żebyśmy wyszli na zero. Ostatecznie dostałam 185 tys. zł na konto. Spłaciłam to, co mogłam z tych pieniędzy, ale nie starczyło na wszystko. Firma H. spłaciła częściowo hipotekę – tłumaczy Katarzyna Borkowska-Rybarczyk.

Sprawa pani Katarzyny z inicjatywy Ministerstwa Sprawiedliwości trafiła do prokuratury. W tej chwili toczy się postępowanie. Niestety kłopoty finansowe doprowadziły do rozpadu jej małżeństwa.

- Pan Rafał zorganizował notariusza z Warszawy, który przyjechał do szpitala po to, żeby umożliwić mężowi pani Katarzyny podpisanie upoważnienia po to, żeby ona mogła wziąć ten kredyt. To jest wykorzystywanie trudnej sytuacji klienta czy nie? – pytamy Sylwię Krzywdzik, prezes firmy pośredniczącej w udzieleniu kredytu.

- Zdecydowanie nie. W dzisiejszych czasach tak naprawdę klient powinien być wdzięczny notariuszowi za to, że ten był na tyle mobilny, że przyjechał do szpitala w celu podpisania dokumentów – odpowiada prezes Krzywdzik.*

* skrót materiału

Reporter: Jakub Hnat

jhnat@polsat.com.pl