W kilka godzin stał się bankrutem

Marek Burzyński w 2001 r. otworzył firmę wydającą gazetę z ogłoszeniami w woj. lubuskim. Do prowadzenia firmy służył rachunek bankowy, którego właścicielami byli: pan Marek i jedna ze wspólniczek. W 2012 r., gdy pan Marek był na wakacjach, w banku pojawiły się obie kobiety i przedłożyły dokument ograniczający dostęp do konta panu Markowi. Bank pozbawił go dostępu do rachunku, na którym - jak twierdzi - było prawie 3 mln. zł. Mężczyzna w kilka godzin stał się bankrutem.

W 2001 roku pan Marek Burzyński wraz z dwojgiem wspólników otworzył firmę wydającą gazetę w Żarach, w województwie lubuskim. Już kilka miesięcy później doszło do zmian w spółce, odszedł jeden z założycieli. W jego miejsce dołączyła siostra wspólniczki.

- Firma się rozwijała, osiągała w tamtych czasach około 4 milionów rocznie obrotu. Zysk to było około 100 tysięcy złotych miesięcznie. Decyzje w spółce zapadały w okresie tych 11 lat wspólnie, wszystko było unormowane aktem notarialnym. Zgodnie z 9 paragrafem tego aktu notarialnego, wszyscy wspólnicy muszą wspólnie podjąć decyzje, w obecności wszystkich wspólników – informuje Marek Burzyński.

W 2012 roku pan Marek wyjechał na urlop. Jak twierdzi, podczas jego nieobecności obie wspólniczki przedłożyły w banku dokument, w którym ograniczyły mu dostęp do firmowego konta. To wystarczyło, żeby bank zmienił kartę wzorów podpisów i pozbawił mężczyznę dostępu do rachunku, na którym - według niego - było prawie 3 miliony złotych.

- To ja podpisałem z bankiem, jeszcze w 2001 r. podczas zakładania spółki, umowę o ten rachunek bankowy. Dzisiaj już firmy nie ma, spółka została rozwiązana, wszystkie środki finansowe zostały przejęte, a ja mam same długi. Gazetą zarządzają byłe wspólniczki. 13 listopada zamknęły starą, a od 16 listopada pod nową nazwą spółki kontynuują działalność – mówi pan Marek.

- W naszej ocenie błędne było postępowanie pracownika banku. Pani, która przyjmowała dokumenty, nie przeanalizowała ich na tyle rzetelnie, aby stwierdzić, że te dokumenty nie są wystarczające, aby dokonać zmiany w umowie - uważa Ewa Habryn-Chojnacka, prawnik Marka Burzyńskiego.

W oświadczeniu otrzymanym od byłych wspólniczek czytamy, że pan Marek nie ma udziałów w spółce obecnie wydającej gazetę. Co więcej, mężczyzna miał wypłacić sobie należne udziały w zyskach, a współpraca zakończyła się w związku z utratą zaufania. Twierdzenia mężczyzny uznają za pomówienia.

Pan Marek od 7 lat walczy przed sądem o odszkodowanie. Domaga się od banku prawie 3 milionów złotych. Sąd Okręgowy w Warszawie co prawda przyznał, że pracownicy banku popełnili błąd, ale pozew oddalił. Rację panu Markowi przyznał Sąd Apelacyjny, oceniając, że sprawa w ogóle nie została rozpoznana.

Przedstawiciele banku o sprawie rozmawiać nie chcą, zasłaniają się tajemnicą. Dyrektor placówki, która podjęła decyzję o zmianie właścicieli konta, dziś pracuje w Urzędzie Skarbowym.

- Bank nie dopełnił swoich podstawowych obowiązków. Tak naprawdę zabrakło trzech minut, spojrzenia do KRS-u, sprawdzenia, czy te osoby mogą podjąć taką decyzję – ocenia Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu”.

- Teraz jestem dłużnikiem wpisanym przez sąd na listę dłużników niewypłacalnych – mówi pan Marek.*

* skrót materiału

Reporter: Jakub Hnat

jhnat@polsat.com.pl