Dramat pani Joanny. Rodzina wini szpital za komplikacje

Pani Joanna Kotwicka pod koniec kwietnia 2018 r. była w 35. tygodniu ciąży. W związku z utrzymującym się wysokim ciśnieniem trafiła na oddział położniczo-ginekologiczny Szpitala Wojskowego w Żaganiu. Po 6 dniach rozwiązano ciążę cesarskim cięciem, a 3 dni później   wypisano ją do domu. Następnego dnia panią Joannę trzeba było już reanimować i wprowadzić w stan śpiączki. Kobieta żyje, ale z trudem kontaktuje się ze światem.

- Lekarze twierdzili, że wszystko jest w porządku, że nie ma zagrożenia, że mały nie potrzebuje wygrzewania w inkubatorze. W niedzielę zabrałem ją ze szpitala i po południu przyjechaliśmy do domu, wszyscy szczęśliwi. W nocy zaczął się dramat – opowiada Marcin Kotwicki, mąż pani Joanny.

Pierwszej nocy po wypisie pani Joanna źle się poczuła, pojawiły się problemy z oddychaniem. Następnego dnia rano kobieta udała się do lekarza rodzinnego, a ten polecił jej wrócić do szpitala.

- Na moście żona zaczęła tracić przytomność, zaczęła się dusić. Mówię: jeszcze dwie minuty, wytrzymaj. Jakoś dotarliśmy do tego szpitala i wtedy zaczęli ją reanimować, bardzo ostro.

Minął rok, a to wraca, jeszcze długo będzie wracać – wspominał pan Marcin.

Panią Joannę udało się uratować. Kobietę wprowadzono w stan śpiączki farmakologicznej. 40 dni później została wybudzona.

- Żona była w stanie… jak roślina. Dla niej wysiłkiem jest wstanie z krzesła, to jak przebiec 100 kilometrów, woda się po głowie lała. Jakbym nie widział, tobym nie uwierzył, że coś takiego istnieje. Od początku uczyła się chodzić, jeść, załatwiać się – powiedział pan Marcin.

Uczestniczyliśmy w spotkaniu z rodziną i przyjaciółmi, którzy wspierają panią Joannę.

- Ja jak Asię poznałem, to była duszą towarzystwa. Była wszędzie. Zawsze wesoła, zadowolona, zadbana. Buzia jej się nie zamykała – wspominano.

Anna Cichoń, przyjaciółka: Była naprawdę osobą ciepłą i dobrą, bardzo dobrą.

Reporter: A kontakt z nią jak teraz wygląda? Rozmawiacie z nią?

Anna Cichoń: Rozmawiamy… my się jej pytamy, to czasem jest dzień, że coś odpowie, ale bardzo sporadycznie. Bardzo często płacze. Po prostu może czasem chciałaby coś powiedzieć, ale nie może sama od siebie. Nie umie czasami znaleźć słów.

Państwo Kotwiccy we wrześniu 2018 r. skierowali sprawę do Prokuratury Rejonowej w Żaganiu. Jak dotąd przesłuchano personel szpitala i zabezpieczono dokumentację medyczną. O tym, czy personel popełnił błąd, zdecydują biegli. Niestety termin wydania opinii wyznaczono dopiero na styczeń 2020 roku.

- Termin wyznaczony przez biegłych na 2020 rok jest niezwykle odległy i niezwykle dotkliwy dla poszkodowanych. I być może warto byłoby pójść w kierunku Rzecznika Praw Pacjenta, aby to on próbował ustalić w nieco inny sposób, innymi środkami, czy w rzeczywistości mamy do czynienia z błędem czy nie. A ustalenie tego spowoduje w konsekwencji możliwość wszczęcia postępowania cywilnego, w którym możemy wnieść o zabezpieczenie środków na utrzymanie rodziny – poinformował prawnik Bartosz Graś.

- Brak tego orzeczenia powoduje, że nie możemy wskazać winnego, nie możemy uzyskać zadośćuczynienia, nie możemy się dalej rehabilitować. Bo wszystko na kasę chorych trwa i trwa, a dla nas każda minuta się liczy, każdy dzień, póki człowiek jest jeszcze młody i chce odzyskać to, co stracił - powiedział pan Marcin.

 To fragment rozmowy z przedstawicielem dyrekcji:

 - Pani rzecznik się tym zajęła, dziś było spotkanie z prawnikami szpitala w tej sprawie. W ocenie jednego i drugiego mecenasa nie jest to zdarzenie niepożądane w szpitalu. Konsultowano się z prokuratorem w tej sprawie. Prokurator absolutnie zabronił, żeby dyskutować z redaktorami w tej sprawie.

- Na pewno nadciśnienie w ciąży, które prowadzi do konieczności rozwiązania w 35. Tygodniu, jest powikłaniem bardzo ciężkim. Zarówno ze strony dziecka, wymagającego jeszcze opieki, jak i ze strony matki, z racji wskazań, które były przyczyną tego cięcia. Jest to sytuacja podwyższonego ryzyka. Z tej też przyczyny osoba, która trafi do szpitala z takim rozpoznaniem, zarówno przed, jak i po cięciu cesarskim, wymaga nadzoru przez dosyć długi czas. A ten czas w 35. tygodniu to jest około tygodnia albo i więcej – ocenił dr Grzegorz Południewski, specjalista ginekologii i położnictwa.

- Chciałbym po prostu, żeby ktoś się poczuł do winy, bo to z nieba się nie wzięło. Ona była zdrowa. Pójść zdrowym i wyjść kaleką? To coś tu jest nie tak. Gdzie jest ta sprawiedliwość? Gdzieś te błędy są – podsumował pan Marcin.

 jhnat@polsat.com.pl

 

Oglądaj inne reportaże tego reportera

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX