Zapłacili, by nie czekać w kolejce do specjalisty. Stracili pieniądze - cz. II

Firmy zarabiające na organizacji pokazów dla ludzi mają nową ofertę, przed skorzystaniem z której warto się dwa razy zastanowić. Dotarliśmy do osób, które za kilka tysięcy złotych wykupiły pakiet medyczny, dzięki któremu miały mieć szybki dostęp do badań, zabiegów i specjalistów. Kolejek rzeczywiście nie ma, bo nie ma też wizyt. Druga część reportażu.

Historię 77-letniego pana Andrzeja Lisa z Warszawy pokazywaliśmy w ubiegłym tygodniu. Był bardzo sprawnym, szczęśliwym emerytem. Swoją sprawność fizyczną stracił 3 lata temu, bo przewrócił się wchodząc do apteki. Poważnie uszkodził bark i prawą nogę. Miesiącami czekał na kolejne wizyty u ortopedy i rehabilitację z Narodowego Funduszu Zdrowia. W marcu tego roku odebrał telefon.

- Zadzwonił do mnie telefon, że mają dla mnie propozycję taką, że na spotkaniu przedstawią mi program, gdzie będę mógł się wspaniale leczyć. Przede mną rozpostarto świetlaną ofertę, gdzie mogę mieć dostęp do dowolnego lekarza o dowolnej specjalizacji w ciągu 3 dni. Gdzie będę miał 100 zabiegów rocznie fizykoterapii i rehabilitacji. To był dla mnie po prostu dar niesłychany, cud nadzwyczajny – opowiadał pan Andrzej.

Warunkiem, żeby ten „cud nadzwyczajny” mógł się spełnić, było podpisanie z firmą umowy na 4 lata. Koszt - 6800 zł. 19 marca tego roku pan Andrzej podpisał umowę. Ale już nawet pierwsza rehabilitacja się nie odbyła.

- W wyznaczonym terminie zgłosiłem się na rehabilitację. Pani prowadząca ją odmówiła mi z tytułu tego, że zleceniodawca, czyli ta firma nie płaci im od dłuższego czasu i w związku z tym zostałem jako pacjent odrzucony – tłumaczył.

Przerażony staruszek został bez pieniędzy i obiecanego leczenia. W internecie znalazł mnóstwo wpisów ludzi z całej Polski, którzy czują się tak samo oszukanie przez tę firmę.

Chcieliśmy sprawdzić, gdzie obecnie znajduje się siedziba firmy. W internecie odnaleźliśmy dwa adresy. Okazało się, że były to tylko wirtualne biura. Poszliśmy z panem Andrzejem pod adres, gdzie mieści się główna siedziba firmy.

- Zmienili podobno nazwę, zmienili zarząd, żeby to wszystko jakoś tam grało. Oni byli u nas do końca marca, to w kwietniu tu były tłumy. Teraz to przyjeżdżają nawet ludzie z Krakowa, z Lublina, bo to jest główna siedziba. A u nas ich nie ma pół roku. Przez półtora dnia wywieźli wszystko. Tylko wiedzieliśmy, że na Żoliborz – przekazała nam portierka.

Udało nam się dotrzeć do siedziby na Żoliborzu. Od pracowników dowiedzieliśmy się, że szefostwo udało się na zagraniczny urlop. Postanowiliśmy poczekać na ich powrót.

W końcu udało nam się spotkać byłego dyrektora firmy, przez którą pan Andrzej czuje się poszkodowany. Senior wezwał policję.

Reporterka: Myśmy byli z panem Andrzejem w dwóch biurach wirtualnych, kiedy jeszcze pan był dyrektorem i nie jest absolutnie możliwe, żeby pan nie wiedział, ile osób z pretensjami przychodzi i was szuka, bo zniknęliście.

Dyrektor: Ja też jakby zakończyłem pracę w spółce.

Reporterka: A pana żona ?

Dyrektor: Moja małżonka również zakończyła współpracę ze spółką.

Reporterka: A tutaj w tej firmie jakie stanowisko pełni?

Dyrektor: Nie pełni.

Reporterka: A co robi?

Dyrektor: (milczenie)

Reporterka: To co pan tu robi? Siedzi sobie pan w tym pomieszczeniu i co?

Dyrektor: W tym momencie nie jestem przedstawicielem spółki.

Pan Andrzej: To czym pan jest, kim pan jest? Nikim?

Dyrektor: (milczenie).

Na miejsce przyjechała policja:

Policja: Tu jest jakieś pismo, że prosimy o podanie numeru konta na przelew środków zgodnie z zapisem umowy. Może to pan ocenić jakoś?

Dyrektor: Spółka zobowiązała się do zwrotu środków z uwagi na rozwiązanie umowy przez pana Andrzeja.

Reporter: Tyle tylko, że środków nie ma.

Pan Andrzej: W związku z tym ja oskarżam pana o to, że mnie okradł.

Dyrektor: Ja nie byłem pracownikiem jakby funkcyjnym w postaci członka zarządu czy prezesa zarządu.

Reporter: Ale był pan dyrektorem, to nie jest mała funkcja, a pana żona również!

Nikt z firmy nie zdecydował się oficjalnie wypowiedzieć. Otrzymaliśmy maila z oświadczeniem spółki:

 „Spółka kategorycznie zaprzecza jakoby jej działania prowadziły do pokrzywdzenia pacjentów. Spółka za pośrednictwem Partnerów Medycznych nadal świadczy usługi na rzecz pacjentów z aktywnymi umowami abonamentowymi. Celem realizacji świadczeń medycznych stosownie do zapisów umowy należy skontaktować się z infolinią”.

 

- To jest przerażające, że takie rzeczy są możliwe. Wszyscy to wiedzą i nic nie można zrobić – komentuje Maria Frankowska , jedna z osób, które czują się pokrzywdzone.

Zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, które poszkodowani składali do prokuratury, kończyły się odmową wszczęcia postępowania. W trakcie realizacji reportażu otrzymaliśmy oświadczenie z Prokuratury Okręgowej Warszawa - Praga.

 „Prokurator Okręgowy Warszawa - Praga w Warszawie polecił podjecie przeprowadzenia postępowania przygotowawczego w kierunku przestępstwa oszustwa, którego mogły się dopuścić osoby działającej w imieniu wskazanej przez Panią spółki”.

 

- Bezczelność, to jest po prostu oszustwo, złodziejstwo. Ktoś za nasze pieniądze po prostu się bawi, zostaliśmy definitywnie oszukani – mówią osoby czujące się pokrzywdzone przez firmę.*

* skrót materiału

mfrydrych@polsat.com.pl

Oglądaj inne reportaże tego reportera

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX