Nie przeżył porażenia prądem na budowie. Nie ma winnych

Przemysław Szczeszek pracował na budowie, gdy w trakcie zagęszczania betonu został porażony prądem. W stanie krytycznym trafił do szpitala, gdzie zmarł trzy tygodnie później. Choć biegły ocenił jednoznacznie, że sprzęt dostarczony na budowę nie spełniał norm bezpieczeństwa, to sprawa o ustalenie winnego trwa już 2,5 roku.

Przemysław Szczeszek miałby dziś 41 lat. Pracował na budowie, miał żonę i dwie córki. We wrześniu 2017 roku doszło do wypadku. W czasie pracy mężczyzna został porażony prądem przez urządzenie służące do zagęszczania betonu.

- Przed siedemnastą zadzwonił telefon, że mąż miał straszny wypadek, że poraził go prąd na budowie i jest w szpitalu. Gdy przyjechałam, wyglądał jakby po prostu spał. Tak przez trzy tygodnie nie zmienił się. Pani doktor powiedziała też, że krytyczny stan męża może wynikać z tego, że na miejscu nie udzielono mu pierwszej pomocy albo w tak zły sposób miał udzielaną tę pierwszą pomoc, którą współpracownicy uważają, że miał – opowiada Joanna Szczeszek.

- Jak jeździliśmy do szpitala, to dzieci mówiły: babciu, „poszmyraj" tam tatę pod stópkami, bo może ruszy się… Cóż mieliśmy powiedzieć tym dzieciom na początek... Dawaliśmy taką jakąś nadzieję i one też miały tę nadzieję, że w końcu tata się obudzi i będzie z nimi. No, niestety, tak się nie stało – mówi Halina Grzybowska, mama pani Joanny.

- Z opinii biegłego wynika, że urządzenie, którym posługiwał się pokrzywdzony, tą zagęszczarką, to urządzenie było niesprawne technicznie i stanowiło zagrożenie dla życia i zdrowia osoby, która taką maszyną się posługiwała. Tutaj oskarżony jest pracodawca, bowiem zgodnie z przepisami kodeksu pracy za bezpieczne i higieniczne warunki pracy odpowiada pracodawca i taki też zarzut został mu postawiony – informuje Aleksander Brzozowski z Sądu Okręgowego w Poznaniu.

W opinii biegłego czytamy, że sprzęt był wadliwy i nigdy nie powinien znaleźć się na budowie. Stwierdzono m.in. sztukowanie przewodów, a włącznik urządzenia był elementem dodanym i narażonym na działanie wody. Całość należało zezłomować. I mimo że opinia jest jednoznaczna, to winnych za wypadek wciąż brak.

- Tutaj opinie biegłego są jasne, sekcja zwłok mówi wyraźnie, że było zatrzymanie krążenia w wyniku porażenia prądem elektrycznym, że było wiele zaniedbań. A tutaj jednym zdaniem czasami mecenas szefa mojego męża potrafi przeciągnąć sprawę o kolejne dwa miesiące. Sprawa trwa już 2,5 roku – tłumaczy Joanna Szczeszek.

O sprawie nie chce rozmawiać szef firmy, w której pracował pan Przemysław, nie chcą też mówić pracownicy - świadkowie wypadku. Pani Joanna czeka na wyrok również po to, żeby w postępowaniu cywilnym móc od właściciela firmy dochodzić odszkodowania. Na razie nie dostała od niego żadnych pieniędzy.


- Wracam z sądu, a pytają: i co w sądzie, coś wiesz już, ktoś odpowie za śmierć taty? Co mam mówić, że jeszcze nie, że jeszcze jeden biegły, że jeszcze nie wiedzą. A tak naprawdę wszystko jest jasne – uważa Joanna Szczeszek.

- Ten ból pozostanie w nas do końca życia. Naprawdę. Umrze chyba razem z nami – dodaje Halina Grzybowska, mama pani Joanny.

 

Oglądaj inne reportaże tego reportera

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX