Od 5 lat walczą o zaległe pensje i odprawy
Niemal 50 byłych pracowników firmy w Ciechanowie od 5 lat walczy o wypłatę zaległych pensji. Gdy zakład chylił się ku upadkowi, część z nich pracowała za darmo, by uratować miejsca pracy. Niestety, nie udało się. Dziś załoga ma prawomocne wyroki, zasądzające zaległe pensje, odprawy i odszkodowania, ale pieniędzy nie ma.
Pani Grażyna Adamska z Ciechanowa doskonale wie, co znaczy trudne życie. Ta 58-letnia kobieta sama wychowała dwoje dzieci, które dziś są już dorosłe. Teraz pani Grażyna opiekuje się schorowaną matką. I czeka już pięć lat na wypłatę zaległej pensji od byłego pracodawcy.
- Ja tam pracowałam 17 lat. W tym 15 w biurze. Ludzie pracowali tu z sercem. Nie tylko po osiem godzin, ale i dłużej, jak trzeba było. Każdy uważał, że pracuje dla firmy i dla swojego dobra. A mamy takie podziękowania od prezesa – powiedziała.
Poznaliśmy też historie koleżanek pani Grażyny z byłej pracy. Kobiety pracowały w dużym ciechanowskim zakładzie, który produkował między innymi kosmetykę samochodową.
- Staraliśmy się jak najlepiej dla firmy, żeby ściągnąć jak najwięcej pieniędzy. I tak naprawdę pracownicy byli bardzo oddani. Sytuacja zmieniła, jak powstał kryzys – przekazała pani Teresa.
- Pracowałam tam w sumie 10 lat. To jeszcze był taki okres, gdzie trudno było o pracę, więc ci co już pracowali, wiązali nadzieje z tą firmą. Może dlatego od razu nie odchodziliśmy z pracy - dodała inna z byłych pracownic zakładu.
Dramat tych kobiet zaczyna się w 2015 roku. Wówczas ciechanowska firma, która miała oddziały w całym kraju, zaczyna mieć kłopoty. Kobiety mówią, że prezes poprosił pracowników, by pracowali za darmo.
- Nie miałam na leki, mąż był na rencie, miał 1200 zł. I z tego musieliśmy wszystko opłacić i żyć – powiedziała pani Teresa.
- Jak już te trzy miesiące minęły i zaczęliśmy się upominać o pieniądze, to prezes po prostu zbywał wszystkich i nie spotykał się – wspomniała pani Grażyna.
Co ważne, naszej rozmowie przed byłą siedzibą zakładu przyglądał się były prezes firmy. Nie zgodził się jednak na spotkanie z kobietami.
- Czy ja mam za te panie zapłacić? Ja nie mam pieniędzy! Ja jestem osobą zatrudnioną na pół etatu i tyle. Bank zabrał majątek wart 40 milionów zł i spieniężył go za 5 milionów. To kto ma większą stratę? One czy ja? Mój cały majątek to była firma, w której byłem współwłaścicielem – powiedział.
Zdesperowani pracownicy poszli do sądu. Dziś mają prawomocne wyroki zasądzające zalegle pensje, odprawy i odszkodowania. Te kwoty sięgają nawet 20 tysięcy złotych na osobę. Niestety, były prezes do winy się nie poczuwa.
- W sądzie była sprawa, prezes powiedział, że nie jest w stanie mi wypłacić tyle pieniędzy, żebym poszła na ustępstwa. No to poszłam. 4,5 tys. zł mu darowałam, a 5,5 tys. miał w trzech ratach wypłacić – powiedziała jedna z były pracownic.
Były prezes za kłopoty zakładu obarcza bank, który miał w 2008 roku namówić członka zarządu firmy, żeby zamienić kredyt złotówkowy na kredyt we frankach szwajcarskich.
- W tej chwili u komornika mam 12 milionów do spłaty – przekazał.
W 2017 roku zakład ogłosił upadłość, więc teraz finansami firmy zarządza syndyk. I mówi, że pieniędzy dla pracowników zabraknie. Nasze bohaterki nie znalazły się też na liście do wypłat z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.
- Głównymi wierzycielami są banki. I biorąc pod uwagę skalę tych roszczeń z pieniędzy uzyskanych z likwidacji danego zabezpieczonego składnika majątkowego, będzie konieczne zaspokojenie w pierwszej kolejności tych instytucji. Dużych szans na zaspokojenie innych roszczeń nie ma. Jest mi przykro z tego powodu – powiedział Janusz Woźnicki, syndyk zakładu.
- Powiem tyle: zajmowałam się windykacją, miałam możliwość wysyłania przelewów. Mogłam wysłać sobie pieniądze… Źle zrobiłam – podsumowała pani Teresa.